środa, 28 sierpnia 2019

Issey Miyake- L’eau D’Issey Pour Homme


Jak już niejednokrotnie wspominałem na blogu lata 90-te w perfumiarstwie znacząco różniły się względem poprzedniej dekady, w której to dominowały ciężkie, mocarne zapachy. Można by rzec, że właśnie wtedy powstał nowy, olfaktoryczny nurt. Perfumiarze zaczęli wówczas komponować w większości zapachy świeże, rześkie, morskie. To w tym właśnie okresie powstały między innymi pierwsze popularne unisexowe perfumy Calvin Klein- One, charakteryzujące się świeżym, cytrusowo-kwiatowo-zielonym bukietem, który podbił serca milionów. Jeżeli jednak chodzi o mnie, zdecydowanie bardziej oczarowała mnie inna kompozycja- Issey Miyake- L’eau D’Issey Pour Homme. Jeżeli jesteście ciekawi, dlaczego akurat te perfumy  zasłużyły na moje wyróżnienie zapraszam do zapoznania się z poniższą treścią.

Kiedy czuję w otoczeniu Issey Miyake- L’eau D’Issey Pour Homme odnoszę wrażenie, że ciśnienie w moim organizmie spada, a mózg powoli przechodzi w stan euforii i relaksu. Innymi słowy bardzo odpręża mnie ten zapach. Do tej pory nie spotkałem się z innymi perfumami, które choć w pewnym stopniu pachniałyby podobnie do bohatera wpisu. Skomponowany przez Jacques'a Cavalliera bukiet bez wątpienia nawiązuje do kraju kwitnącej wiśni (z Japonii pochodzi właściciel brandu- Iseey Miyake). L’eau D’Issey Pour Homme to perfumy przywodzące mi na myśl obraz niewielkiego japońskiego stawu porośniętego liliami, oglądanego słonecznego, letniego dnia. Postaram się wyjaśnić, dlaczego tak się dzieje.

W otwarciu kompozycji znajdujemy nuty bardzo charakterystyczne dla morskich zapachów lat 90-tych. Cytrusowo-ziołowa mieszanka wzbogacona o molekułę Calone idealnie imituje bliżej nieokreślony zapach wody/morza (w zależności od zastosowanych proporcji oraz wizji perfumiarza można osiągnąć skrajny efekt). W opisywanych dzisiaj perfumach bez wątpienia zamierzeniem Jacques'a było utworzenie iluzji wody słodkiej, a nie morza i morskiej bryzy, które z reguły są bardziej słone, mineralno-ozonowe (np. jak w perfumach Kenzo- Pour Homme). Serce kompozycji jest kwintesencją L’eau D’Issey Pour Homme; kwiaty finezyjnie przeplatają się z orientalnym niuansem, wnosząc delikatną słodycz oraz urozmaicenie dla wodnego akordu (najbardziej wyróżniającym się kwiatem w mieszance jest lilia wodna). Baza perfum także jest klasyczna, jak na tamte lata. Tworzą ją białe piżmo, nuty drzewne i akord ambrowy. Składniki te mają na celu wydłużyć żywotność bardziej lotnych nut oraz  otulić kompozycję w fazie drydownu.

Issey Miyake- L’eau D’Issey Pour Homme są ponadczasowymi perfumami. Zdecydowanie nie postarzały się, mimo swojego wieku. Co więcej, mogą być rewelacyjną alternatywą na ciepłe dni dla mężczyzn, którzy mają dość pachnideł w stylu sport czy kolońskim. Jako miłośnik tej kompozycji gwarantuję również, że nieprędko spotkacie kogoś, kto pachniałby podobnie. Uważam, że w czasach podróbek Creed- Aventusa i Dior- Sauvage, bohater wpisu jest bardzo dobrą alternatywą o niemal niszowym charakterze.

Twórca kompozycji: Jacques Cavallier

Nuty głowy: kolendra, cyprys, mandarynka, estragon, yuzu, werbenacytrynowa, szałwia, bergamotka, cytryna, calone
Nuty serca: gałka muszkatołowa, rezeda, cynamon, geranium, szafran, konwalia, lilia wodna
Nuty bazy: wetyweria, białe piżmo, drzewo sandałowe, cedr, ambra, tytoń

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.

wtorek, 13 sierpnia 2019

Knize- Knize Ten

Knize Ten są perfumami skórzanymi (a nawet skórzano-szyprowymi), które powstały w 1924 r. Patrząc z perspektywy obecnych trendów perfumeryjnych, pomimo swoich lat i niejednej przebytej reformulacji, w dalszym ciągu prezentują się nadzwyczaj dobrze. Ponadto można śmiało stwierdzić, że pachną niszowo. Zapach sam w sobie jest stosunkowo trudny w odbiorze, szczególnie przy pierwszym podejściu, jednak z czasem potrafi oczarować. W moim przypadku również tak było;  nasze pierwsze spotkanie nie należało do tych udanych (a przecież miłuję się w zapachach skórzanych i szyprowych!). Knize Ten niebawem będzie świętował swoje stulecie, dlatego też warto podkreślić, że pomimo swego wieku, zapach nie jest "geriatryczny" (w przeciwieństwie do jego niektórych młodszych kolegów). 
 
W trakcie budowania swojej kolekcji poznałem niejeden skórzany zapach, który podbił moje serce. Podczas kolejnych testów i spotkań wąchałem mniej lub bardziej podobne do siebie wonie (wygląda na to, że niektórzy perfumiarze mocno inspirowali się kompozycjami, które osiągnęły sukces komercyjny). Knize Ten jest pod tym względem inny, jedyny w swoim rodzaju. Nie spotkałem się jeszcze z innymi perfumami, które byłyby w jakimś stopniu do niego zbliżone. Rzecz jasna, nie miałem okazji poznać wszystkich skórzanych zapachów i być może któraś niszowa marka poszerzyła już swój dorobek o zapach wzorowany na Knize Ten (wszak obecnie w niszy wiele "nowych" perfum powstaje na bazie kompozycji wycofanych lub skrzywdzonych przez reformulacje). Piramida zapachowa Knize Ten podana na portalu fragrantica.pl przedstawia pierwszą lub jedną z pierwszych formuł tej kompozycji i przypuszczam, że jest nieaktualna. Testując woń z nowego flakonu odnoszę wrażenie, że nie posiada ona takiej głębi, jakiej spodziewać by się można po wspomnianych nutach. Różnica w zapachu może być ogromna, tak jak w przypadku pierwszej i ostatniej odsłony YSL- Kourosa.

Nuty głowy pachną delikatnie i bardzo szybko przechodzą do serca piramidy zapachowej. Da się w nich wyczuć cytrusowo-ziołowy powiew świeżości, który w mojej opinii urozmaicony został o chłodne, mydlane aldehydy. Dosłownie po chwili kompozycję zaczynają dominować kwiaty i pierwsze drewniane niuanse. To właśnie one na późniejszym etapie przetransferują serce perfum do nut bazowych. Wniosą do kompozycji odrobinę ciepła, pudru oraz słodyczy, a następnie ziemno-drzewne-balsamiczne akcenty, finezyjnie pojawiające się między kwiecistym wątkiem. Z biegiem czasu zaczyna wyłaniać się również akord przypominający zapach benzyny, ale różni on się od tego znanego z perfum Dior- Fahrenheit. Dolne nuty są kwintesencją tego zapachu i pierwsze skrzypce gra w nich dymny, skórzany akord. Najprawdopodobniej powstał on na bazie nut drzewnych wzbogaconych o dziegieć brzozowy i kastoreum. Idealnie oddaje on klimat dawnych lat, w których perfumy skórzane nie były tak wszechobecne i lubiane jak teraz.
 
Opisywany dzisiaj zapach powinien zainteresować fanów perfum vintage, ale przede wszystkim miłośników zapachów skórzanych. Niestety nie jest łatwo kupić Knize Ten w naszym kraju i trzeba zamawiać je z zagranicznych stron internetowych (lub bezpośrednio od producenta). Dość słabo rozwinięta sieć dystrybucyjna jeszcze dobitniej podkreśla ich niepowtarzalny i niszowy charakter.
 
Twórcy kompozycji: Vincent Roubert i Francois Coty
 
Nuty głowy: petitgrain, pomarańcza, cytryna, rozmaryn, bergamotka, geranium
Nuty serca: cedr, paczula, drzewo sandałowe, róża, goździk , cynamon, kwiat pomarańczy, irys
Nuty bazy:  skóra, ambra, piżmo, mech dębowy, kastoreum, wanilia

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.

sobota, 10 sierpnia 2019

Narciso Rodriguez- for him EDP

Dzisiejszy wpis jest o zapachu, który w pewien sposób nawiązuje do perfum dawnych lat. Narciso Rodriguez for him EDP z pozoru może się wydawać dość niedzisiejszy, ponieważ jego wątkiem przewodnim jest piżmo. Uważam jednak, że marka ta w świetny i umiejętny sposób wykorzystuje syntetyczne piżma. Dzięki temu zarówno jej kompozycje męskie, jak i damskie wydają się być drapieżne, intrygujące. Kobieca linia for her (wraz z flankerami) jest dla mnie idealnym przykładem na to, jak powinna pachnieć dojrzała kobieta z charakterem. Wszystko to, co prawdziwie kobiece zostało wydobyte z kwiatowo-drzewno-piżmowych nut. Odpowiednio dobrane piżmo odgrywa w tych zapachach decydującą rolę. Jeżeli zastanawiacie się czy bohater wpisu dorównuje jakością linii for her, zapraszam do zapoznania się z poniższym akapitem.

Zapach składa się z trzech nut: różowego pieprzu, irysa i piżma, lecz pomimo tego w odbiorze jest bardziej złożony. Piżmo użyte w Narciso Rodriguez for him EDP posiada delikatny, animalno-ambrowy profil. Podkreśla ono dość mocno męski charakter perfum i w pewien sposób nawiązuje do kompozycji minionych lat (70-tych i 80-tych), ale nie trąca przy tym myszką. Animalny akcent wzbogacony został o szczyptę orientu w postaci różowego pieprzu, który w zasadzie pojawia się dosłownie na chwilę, w otwarciu. Wnosi on delikatną słodycz oraz pikanterię, aż do czasu kiedy wyłoni się irys. Kwiat ten wzbogaca kompozycję o pudrowe tony oraz w pewien sposób przełamuje stereotyp właściwy dla perfum piżmowych. Balans pomiędzy piżmem i irysem jest idealnie wyważony, w wyniku czego od początku do końca nie ma wątpliwości, że Narciso Rodriguez for him EDP to męski i nowoczesny zapach. Wbrew pozorom nie jest on do końca łatwy w odbiorze i może stanowić nie lada wyzwanie dla niejednego nieobeznanego nosa. Warto również zaznaczyć, że nie każdy mężczyzna będzie czuł się w nim komfortowo ze względu na unowocześniony sznyt vintage.

Bardzo lubię ten zapach i obecnie stanowi on dla mnie drugą skórę podczas wczasów nad morzem. Idealnie sprawdza się w warunkach, kiedy pogoda jest niezdecydowana, gdy przeplatają się wiatr i deszcz na przemian ze słońcem. Czuć wówczas, że zapach pracuje na skórze i jego aromat zmienia się wraz z pogodą, dostarczając frajdy na minimum 6-8h. 

W mojej ocenie Narciso Rodriguez for him EDP delikatnie odstaje od kobiecej linii for her, lecz pomimo tego przyznaję, że jest to zapach kompletny pod każdym względem. Narciso Rodriguez for her posiadają "to coś", co działa na mnie jak narkotyk, gdy wącham go na swojej żonie ;). Pomimo mojej nie do końca obiektywnej opinii i tak uważam, że warto zapoznać się z bohaterem wpisu.

Twórca kompozycji: brak danych

Skład: różowy pieprz, piżmo, irys

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.

środa, 31 lipca 2019

Francesca Bianchi- Dark Side

Dark Side jest zapachem, który poznałem stosunkowo niedawno, lecz od pierwszych chwil skradł  moje serce. Perfumy te zwierają niemal wszystkie olfaktoryczne walory potrzebne do tego, aby mnie zachwycić (o tym za chwilę). Zanim przejdę do recenzji, chciałbym przedstawić krótką historię związaną z tą kompozycją. Francesca Bianchi jest miłośniczką orientu i drzewnych perfum, dlatego też podjęła się stworzenia własnej kompozycji z tej grupy zapachowej. Inspiracje do stworzenia Dark Side wiązały się z jej wizytami w Maroko, z których niejednokrotnie przywoziła różnego typu pamiątki: dywany, miecze, żywice do palenia oraz olejki zapachowe. Jednym z olejków, który wyróżniał się na tle innych był podrobiony olejek agarowy (oud), pachnący inaczej niż te dotychczas przez nią poznane. To właśnie podrobiony olejek oudowy natchnął Francescę do stworzenia własnej mieszanki nazwanej "My Oud". Powstały agarowy akord posiadał profil drzewno-dymno-orientalno-słodki i jak się okazuje stał się później fundamentem do powstania Dark Side (pomimo tego, iż oficjalnie nie występuje w piramidzie zapachowej). Jako ciekawostkę dodam, że pierwotnie bohater wpisu miał się nazywać "Into Darkness". 

Po pierwszym zetknięciu się z Dark Side odniosłem wrażenie, że gdzieś już wąchałem coś podobnego. Z czasem okazało się, że podobną kompozycją animalno-miodowo-kwiatową jest Maison Francis Kurkdjian- Absolue Pour le Soir, przy czym kompozycja Francesci jest mniej fizjologiczna. Nie da się jednak ukryć, że niuanse miodowo-kwiatowo-drzewne wybrzmiewają bardzo podobnie. 

Zapach ten zachwyca mnie swoją głębią i jakością od pierwszych sekund po aplikacji. W powietrzu unosi się lekkie, dymne kadzidełko podbite miodem, które w tym wypadku bardziej pachnie dla mnie jak pszczeli wosk. Efekt ten zapewne wynika z użycia żywicy ze styraksu, która potrafi imitować opisaną powyżej woń. Pomimo występowania w składzie kwiatów nie dominują one kompozycji, lecz wnoszą do całości lekkiej, zbalansowanej słodyczy jak i ciepła, które towarzyszy niemal od samego początku. Perfumy te należą raczej do leniwców i nie ewoluują spektakularnie na skórze (można je określić mianem monolitu), ale w żadnym wypadku nie umniejsza to powstałemu bukietowi. Dark Side w pierwszych godzinach posiada bardzo silną projekcję, która z upływem czasu stopniowo się wycisza, tym samym stając się naszą drugą, orientalno-słodką skórą. Warto zaznaczyć, że opisywana dzisiaj kompozycja jest bardzo dopracowana, bowiem nie występują w niej żadne zgrzyty i dysonanse. Po paru godzinach w towarzystwie Dark Side można stopniowo doszukać się drzewnej bazy. Nie łatwo jest ją zdefiniować, ze względu na to, iż żadna nuta (tak jak w przypadku kwiatów) nie jest charakterystyczna i nie wysuwa się przed szereg. Pomimo tego śmiało mogę powiedzieć, że z biegiem czasu zapach kompletnie nie traci na jakości, co osobiście uważam za duży plus.

Francesca Bianchi- Dark Side to perfumy będące pretendentem do pojawienia się w mojej osobistej kolekcji, aczkolwiek mam pewien dylemat moralny. Bardzo cenię sobie dzieło Francisa Kurkdjiana ale to Dark Side wydaje się być bardziej uniwersalny. Przypuszczam, że najlepszym rozwiązaniem byłoby posiadanie obydwu flakonów i w zależności od humoru aplikowanie miodu w wydaniu animalno-fizjologicznym (Absolue Pour le Soir) lub bardziej uniwersalnym, relaksującym (Dark Side). 

Jeżeli podoba wam się wspomniane wyżej dzieło Kurkdjiana uważam, że koniecznie powinniście poznać bohatera dzisiejszego wpisu.

Twórca kompozycji: Francesca Bianchi

Skład: miód, nuty przyprawowe, irys, fiołek, drzewo sandałowe, cedr, wetyweria, bursztyn, styraks, kadzidło, paczula, wanilia

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.

poniedziałek, 29 lipca 2019

Hugo Boss- Number One


Dzisiejszy wpis skupi się na pierwszym zapachu stworzonym przez niemiecką markę mody Hugo Boss. Perfumy te powstały w 1985 r. i pod względem budowy śmiało można je zaliczyć do kompozycji szyprowych (jako wielbiciel tego gatunku koniecznie musiałem je przetestować). W mojej ocenie Number One jest najwybitniejszym zapachem tej marki, pomimo tego, że budzi we mnie skrajne emocje- od zachwytu do przytłoczenia (w zależności od warunków panujących za oknem). Porównując kompozycje epoki lat 70- tych i 80-tych (tj. YSL- Kouros, Ted Lapidus- Lapidus Pour Homme, Givenchy- Gentleman, Hugo Boss- Number One i wiele wiele innych), śmiało można stwierdzić, że posiadają one charakter niszowy i budzą w ludziach znacznie więcej emocji, niż obecne, nijakie, mainstreamowe twory XXI wieku. Wracając jednak do bohatera wpisu- warto podkreślić, że jego niszowy charakter zdecydowanie wpływa na zainteresowanie nim. Możemy zaobserwować (i to nie tylko na przykładzie perfum), że to, co zabronione, co z początku wydaje się nic nie warte, z czasem nabiera pewnej wartości i nas kusi, zaczyna mocniej interesować. Tak też jest w przypadku Hugo Boss- Number One.

Kompozycja od samego początku daje nam do zrozumienia, że nie jest to zawodnik wagi piórkowej. Po użyciu jej mamy tylko i wyłącznie dwie możliwości: samiec alfa zdominuje bestię zamkniętą we flakonie i wspólnie będą tworzyć udany duet, albo dzika, animalna, niedzisiejsza woń zdominuje noszącego i uprzykrzy mu życie na co najmniej 10-12 h... Troszkę żartobliwie opisałem powyższe opcje, jednak w praktyce dokładnie tak jest. Jeżeli ktoś, kto nie do końca zna kanony sztuki perfumeryjnej minionych lat zechce w ciemno psiknąć się Number One, zapewne zniechęci się do testowania retro perfum na długie miesiące, a nawet lata. Sam jako miłośnik starej sztuki perfumeryjnej nie miałem łatwo z bohaterem wpisu. Tak, jak lubię animalne kompozycje, tak ta chwilami wydaje się ocierać o przesadę, o czym sami za chwilę się przekonacie.

Otwarcie perfum Number One jest dość charakterystyczne dla lat, w których powstały. Od samego początku jest gęsto i ciężko jest stwierdzić, która nuta jest przewodnia. Przewijają się tutaj wątki cytrusowe, finezyjnie zblendowane z ziołami i przyprawami. Po krótkiej chwili można dostrzec pewną dozę słodyczy, która w zasadzie nie jest taka przyjemna, jak byśmy chcieli. Co więcej, odnoszę wrażenie, że serce perfum wcale nie ociepla się, a powstaje w nim pewien kontrast. Kwiatowe nuty powinny wnosić do kompozycji nieco ciepła i słodyczy, lecz tutaj zostają one zdominowane przez animalną nutę miodu, która odpowiada za specyficzną, animalną słodycz. Ponadto bardzo dobrze wyczuwalny jest wątek ziołowy, który wnosi sporo szorstkich, męskich niuansów. To właśnie na tym etapie zaczynam się zastanawiać, czy Hugo Boss- Number One jest kompozycją stworzoną dla mnie. Powstały w środkowych nutach dysonans jest ciężki w odbiorze i raczej niezrozumiały w obecnych czasach (patrząc z perspektywy obecnych trendów). Im dalej w las tym kompozycja zyskuje i staje się bardziej okrzesana. Animalny wątek wycisza się na poczet nut drzewno-orientalnych. W bazie dość dobrze wyczuwalna jest paczula podkreślająca męski charakter kompozycji oraz mech dębowy wnoszący suche, ziemne niuanse. W fazie drydownu perfumy stają się delikatnie balsamiczne, wygładzają się za sprawą drzewa sandałowego i cedrowego oraz duetu tytoniu i ambry.

Ciężko jest mi podsumować bohatera wątku, ponieważ pomimo używania go od niemal dwóch lat sam nie wiem co mam o nim myśleć. Gdybym używał tych perfum tylko jesienią i na wiosnę zapewne polecałbym je każdemu, ponieważ wówczas pracują na mnie najciekawiej. Gdy robi się nieco cieplej kompozycja ta potrafi przytłoczyć. Trzeba się również liczyć z tym, że obecnie zapach ten nie budzi zbytnio zainteresowania otoczenia, co najwyżej usłyszcie uszczypliwe komentarze typu: "pachniesz PRL-em" lub "jak wujek". Niby do odważnych świat należy, dlatego uważam, że warto byłoby skonfrontować się z Number One chociażby po to, żeby nie pluć sobie w brodę za kilka lat, kiedy produkt ten nie będzie już tak wszechdostępny jak obecnie.

Twórca kompozycji: Pierre Wargnye

Nuty głowy: dzięgiel, zielone jabłko, jałowiec, bazylia, grejpfrut, kminek, bergamotka, cytryna
Nuty serca: miód, lawenda, korzeń irysa, jaśmin, szałwia, konwalia, róża, geranium
Nuty bazy: drzewo sandałowe, ambra, paczula, cynamon, piżmo, mech dębowy, cedr, tytoń

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.


wtorek, 23 lipca 2019

EXTRAIT D'ATELIER- Maitre Céramiste



Po dokładnym zapoznaniu się ze wszystkimi zapachami ze stajni Extrait D’Atelier postanowiłem dzisiaj na blogu zrecenować Maitre Céramiste (mistrza pracowni garncarskiej). Opisywana  kompozycja jest niebanalna zawiera bowiem w sobie klasyczne nuty zapachowe znane nam z niejednej kompozycji (paczula, wetyweria, mech dębowy) i te stosowane w nowoczesnej sztuce perfumerii (głównie niszowej), a także te stworzone na potrzeby projektu (akord gliny, metalu czy kadzidła). Patrząc na pełen skład kompozycji, wydawać by się mogło, że wiele składników w garncarzu stworzy dysonans, jednak już po pierwszej aplikacji okazuje się, że wszystkie nuty zapachowe i molekuły łączą się ze sobą tworząc ład i harmonię. Jeżeli jesteście ciekawi, co sprawiło, że polubiłem się z Maitre Céramiste zapraszam do poniższego akapitu.

Nie będę ukrywał, że patrząc z początku na nuty głowy niezbyt podobała mi się obecność tych metalicznych (osobiste uprzedzenie). Na moje szczęście nie wybijają się one na pierwszy plan, w wyniku czego mogłem delektować się finezją zapachową stworzoną z połączenia galbanum, różowego pieprzu, arcydzięgla i pachnotki. Powstały bukiet jest wyważony, składa się z soczystych i musujących wątków zielonych oraz odrobiny orientu w postaci szczypty różowego pieprzu. Akord ten pachnie delikatnie i nie tworzy wokół noszącego duszącej aury, co świadczy o umiejętności perfumiarzy odpowiadających za tą kompozycję. Im dalej w las, tym kompozycja nabiera głębi i zyskuje kolejne, ciekawe walory zapachowe. W nutach serca pojawiają się pierwsze wątki mineralne w postaci gliny. Akord ten rozwija się na kadzidlano-irysowym tle. Maurizio Cerizza i Luca Maffei zadbali również o to aby w sercu kompozycji nie zabrakło atrakcji, dlatego też wzbogacili Maitre Céramiste o kolejną dozę orientu w postaci orzeźwiającej, zielonej i zarazem pikantnej żywicy elemi oraz ziela angielskiego. W bazie nuty drzewne stopniowo dominują pozostałe akordy, przy czym kompozycja w żadnym wypadku nie traci swojego uroku oraz drzewno-orientalnego charakteru. Wszystkie zastosowane bazowe nuty drzewne posiadają w swoim profilu zapachowym akcenty ziemisto-dymne, co powoduje, że bohater wpisu staje się coraz bardziej mroczny i intrygujący.

Bez wątpienia Maitre Céramiste jest kompozycją godną uwagi, szczególnie dla osób, które poszukują nowości w drzewnych kompozycjach. Przy pierwszym kontakcie zapach ten nie wydaje się prosty, ale uważam, że nie należy do tych mocno skomplikowanych. Zauważyłem również, że wszystkie zapachy Extrait D’Atelier potrafią delikatnie odstraszyć w otwarciu, po czym stopniowo stają się bardziej przyjemne i przy kolejnych testach nie zaskakują już tak bardzo. Być może jest to celowy zabieg marketingowy tego brandu, który ma na celu przykuć uwagę swojego odbiorcy i zaskoczyć go czymś nowym. Mnie osobiście Garncarz zaskoczył pozytywnie i nie wiem czy w moim osobistym rankingu Extrait D’Atelier nie usytuuję go na pierwszym miejscu.


Twórca kompozycji: Maurizio Cerizza i Luca Maffei

Nuty głowy: pachnotka, galbanum, różowy pieprz, arcydzięgiel, metal
Nuty serca: ziele angielskie, elemi, glina, kadzidło, irys
Nuty bazy: akord mineralny, wetyweria, paczula, drzewo gwajakowe, mech dębowy, ambra 


Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.

niedziela, 21 lipca 2019

Ted Lapidus- Lapidus Pour Homme

Przyszedł czas na opisanie klasyka, po którego chętnie sięgałem ostatnimi czasy. Określiłbym go mianem "Piękna i Bestia" ze względu na pewien kontrast. Jako miłośnik klasycznych perfum, samą kompozycję nazwałbym piękną, ale flakon to już bestia (chyba w życiu nie spotkałem się z brzydszym...). Ludzie mają to do siebie, że często są wzrokowcami, dlatego też przypuszczam, że Lapidus Pour Homme zostanie niesłusznie pominięty przez niejednego potencjalnego odbiorcę właśnie ze względu na swój tandetny design. 
 
Na moje nieszczęście nigdy nie miałem okazji zapoznać się ze starszą formułą tych perfum. Opinie zamieszczone w internecie na jej temat prowokują, aby zapolować na nie. Skoro obecna formuła pachnie wyśmienicie, to jak musi pachnieć wersja z pierwszych lat produkcji? Nawet jeżeli nigdy nie będzie mi dane poznać wersji sprzed reformulacji to i tak będę namawiał wszystkich miłośników męskich, klasycznych zapachów do zapoznania się z tą kompozycją.

Otwarcie nie jest najlepszym etapem tych perfum. Już od pierwszego kontaktu daje nam do zrozumienia, że mamy do czynienia z tworem niedzisiejszym. Dość syntetyczny akord ananasa błąka się pomiędzy bukietem ziół, cytrusów oraz nutą miodu, która delikatnie przypomina mi tą z perfum Hogo Boss- Number One (jednak nie jest ona tak bardzo animalna i inwazyjna). Z biegiem czasu zapach nabiera coraz to bardziej męskiego charakteru. Ananas delikatnie wycofuje się na drugi plan, a wspomniany wcześniej miód otula słodkie, kwiatowo-drzewne niuanse. Z moich obserwacji wynika, że etap ten dość mocno podoba się płci pięknej i niejednokrotnie byłem komplementowany nosząc te perfumy. Warto również podkreślić, że Lapidus Pour Homme od początku do końca posiada nienaganne parametry użytkowe, dlatego też nie radzę przesadzać z jego aplikacją. 

Bohatera wpisu można określić jako perfumy- kameleon. W zależności od panującej za oknem aury potrafi on przybierać skrajne oblicza. Otwarcie kompozycji w zasadzie pachnie tak samo, natomiast w bardzo ciepły (niemal upalny dzień), Lapidus staje się bardziej słodki, kremowo-owocowy i jego baza nie przybiera surowej, szorstkiej formy, a bywa tak chłodną porą roku. Co ciekawe moje eksperymenty z YSL- Kourosem zakończyły się bardzo podobnie i nie ukrywam, że obydwa te zapachy lubię używać latem.

Wracając jednak do wspomnianej wyżej, mniej przyjemnej bazy- pojawia się ona, gdy temperatura jest bliska 0 stopni. Słodycz i balsamiczne akcenty chowają się na drugim planie i z przyjemniaczka wyłania się prawdziwa bestia, która nie każdemu się już spodoba. Kompozycja staje się wówczas szorstka i kwaśna za sprawą mchu dębowego, nuta tytoniu przypomina mi chwilami popielniczkę wypełnioną petami, a całość wydaje się być bardzo sucha i wytrawna. Ponadto od czasu do czasu pojawia się paczula, wnosząc do całości ziemno-słodkie akcenty.

Nie ukrywam, że opisywany Lapidus zdecydowanie bardziej podoba mi się w cieplejsze dni. Kompozycja wówczas zyskuje, staje się przyjemniejsza dla noszącego oraz w pozytywny sposób zwraca na siebie uwagę. Patrząc na obecne standardy i trendy w mianstreamie, Lapidus Pour Homme jest wybitną i niszową kompozycją, z którą trzeba spędzić trochę czasu, aby się do niej przekonać. Na pewno na korzyść tego produktu (nie licząc brzydkiego flakonu) przemawia jego cena, która z reguły nie przekracza 60 zł za 100 ml. Jest to naprawdę niepoważna cena jak za produkt tej klasy. Tak czy siak polecam go każdemu fanowi perfum z dawnych lat.

Twórca kompozycji: Martin Gras

Nuty głowy: dzięgiel, ananas, jagody jałowca, bazylia, bergamotka, cytryna, lawenda
Nuty serca: sosna, miód, korzeń irysa, jaśmin, kminek, petitgrain, konwalia, róża, drzewo różane, kadzidło
Nuty bazy: drzewo sandałowe, fasolka tonka, bursztyn, paczula, piżmo, mech dębowy, cedr, tytoń
 
Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.