niedziela, 21 lipca 2019

Ted Lapidus- Lapidus Pour Homme

Przyszedł czas na opisanie klasyka, po którego chętnie sięgałem ostatnimi czasy. Określiłbym go mianem "Piękna i Bestia" ze względu na pewien kontrast. Jako miłośnik klasycznych perfum, samą kompozycję nazwałbym piękną, ale flakon to już bestia (chyba w życiu nie spotkałem się z brzydszym...). Ludzie mają to do siebie, że często są wzrokowcami, dlatego też przypuszczam, że Lapidus Pour Homme zostanie niesłusznie pominięty przez niejednego potencjalnego odbiorcę właśnie ze względu na swój tandetny design. 
 
Na moje nieszczęście nigdy nie miałem okazji zapoznać się ze starszą formułą tych perfum. Opinie zamieszczone w internecie na jej temat prowokują, aby zapolować na nie. Skoro obecna formuła pachnie wyśmienicie, to jak musi pachnieć wersja z pierwszych lat produkcji? Nawet jeżeli nigdy nie będzie mi dane poznać wersji sprzed reformulacji to i tak będę namawiał wszystkich miłośników męskich, klasycznych zapachów do zapoznania się z tą kompozycją.

Otwarcie nie jest najlepszym etapem tych perfum. Już od pierwszego kontaktu daje nam do zrozumienia, że mamy do czynienia z tworem niedzisiejszym. Dość syntetyczny akord ananasa błąka się pomiędzy bukietem ziół, cytrusów oraz nutą miodu, która delikatnie przypomina mi tą z perfum Hogo Boss- Number One (jednak nie jest ona tak bardzo animalna i inwazyjna). Z biegiem czasu zapach nabiera coraz to bardziej męskiego charakteru. Ananas delikatnie wycofuje się na drugi plan, a wspomniany wcześniej miód otula słodkie, kwiatowo-drzewne niuanse. Z moich obserwacji wynika, że etap ten dość mocno podoba się płci pięknej i niejednokrotnie byłem komplementowany nosząc te perfumy. Warto również podkreślić, że Lapidus Pour Homme od początku do końca posiada nienaganne parametry użytkowe, dlatego też nie radzę przesadzać z jego aplikacją. 

Bohatera wpisu można określić jako perfumy- kameleon. W zależności od panującej za oknem aury potrafi on przybierać skrajne oblicza. Otwarcie kompozycji w zasadzie pachnie tak samo, natomiast w bardzo ciepły (niemal upalny dzień), Lapidus staje się bardziej słodki, kremowo-owocowy i jego baza nie przybiera surowej, szorstkiej formy, a bywa tak chłodną porą roku. Co ciekawe moje eksperymenty z YSL- Kourosem zakończyły się bardzo podobnie i nie ukrywam, że obydwa te zapachy lubię używać latem.

Wracając jednak do wspomnianej wyżej, mniej przyjemnej bazy- pojawia się ona, gdy temperatura jest bliska 0 stopni. Słodycz i balsamiczne akcenty chowają się na drugim planie i z przyjemniaczka wyłania się prawdziwa bestia, która nie każdemu się już spodoba. Kompozycja staje się wówczas szorstka i kwaśna za sprawą mchu dębowego, nuta tytoniu przypomina mi chwilami popielniczkę wypełnioną petami, a całość wydaje się być bardzo sucha i wytrawna. Ponadto od czasu do czasu pojawia się paczula, wnosząc do całości ziemno-słodkie akcenty.

Nie ukrywam, że opisywany Lapidus zdecydowanie bardziej podoba mi się w cieplejsze dni. Kompozycja wówczas zyskuje, staje się przyjemniejsza dla noszącego oraz w pozytywny sposób zwraca na siebie uwagę. Patrząc na obecne standardy i trendy w mianstreamie, Lapidus Pour Homme jest wybitną i niszową kompozycją, z którą trzeba spędzić trochę czasu, aby się do niej przekonać. Na pewno na korzyść tego produktu (nie licząc brzydkiego flakonu) przemawia jego cena, która z reguły nie przekracza 60 zł za 100 ml. Jest to naprawdę niepoważna cena jak za produkt tej klasy. Tak czy siak polecam go każdemu fanowi perfum z dawnych lat.

Twórca kompozycji: Martin Gras

Nuty głowy: dzięgiel, ananas, jagody jałowca, bazylia, bergamotka, cytryna, lawenda
Nuty serca: sosna, miód, korzeń irysa, jaśmin, kminek, petitgrain, konwalia, róża, drzewo różane, kadzidło
Nuty bazy: drzewo sandałowe, fasolka tonka, bursztyn, paczula, piżmo, mech dębowy, cedr, tytoń
 
Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.

niedziela, 7 lipca 2019

EXTRAIT D’ATELIER- MaÎtre Joaillier

Kilka dni temu na Feel it today pojawił się wpis na o nowej, ciekawej marce, która swoje kompozycje inspiruje rdzennym włoskim rzemiosłem. Ich pierwszym zrecenzowanym przeze mnie zapachem był Szewc (Maître Chausseur), nie należący do najłatwiejszych poznanych mi pachnideł. Dzisiaj wybrałem z portfolio EXTRAIT D’ATELIER nieco lżejszy zapach, idealnie nadający się na ciepłe, ale nie upalne dni. Jako ciekawostkę dodam, że opisywane dzisiaj perfumy wzbudziły spore zainteresowanie w otaczającym mnie gronie. Jeżeli jesteście ciekawi, co zwróciło uwagę moich znajomych w MaÎtre Joaillier (Jubilerze), zapraszam do poniższej recenzji.

Jak przystało na włoską markę Jubiler idealnie wpasowuje się w kanony tej szkoły perfumiarstwa. Kompozycja nie narzuca się otoczeniu i raczej uchodzi za dyskretną. W moim odczuciu jest to plus w sytuacji, kiedy chcemy pachnieć nieco inaczej niż wszyscy (czyli nie cytrusami), a przy okazji nie nabawić się migreny w ciepły, słoneczny dzień. Wracając jednak do samego zapachu- na wstępie wydaje się być surowy i chłodny. W pewien sposób wyczuwam tutaj analogię do nieoszlifowanego diamentu, któremu trzeba poświęcić sporo czasu, aby powalił nas swoim urokiem. Z MaÎtre Joaillier jest podobnie, bowiem z biegiem czasu kompozycja nabiera kształtu, robi się bardziej przyjemna i stonowana. Użyte w nutach głowy aldehydy w duecie z nutami ozonowymi przywodzą mi na myśl błękitną lagunę, a czasami nawet soczysty, zielony ogórek. Drugie porównanie nie powinno specjalnie zaskakiwać, ponieważ część nut morsko-ozonowych wykorzystywanych w perfumiarstwie posiada profil ogórkowo-melonowy. Tworząc taki akord można go ukierunkowywać, a co za tym idzie określać, w którą stronę zapach ma się rozwijać. Nuta głowy utrzymuje się całkiem długo na skórze i można by było pokusić się o stwierdzenie, że jest wątkiem przewodnim kompozycji. Z czasem do głosu dochodzi zapach fiołka, tworząc dość ciekawe połączanie. Liście tego kwiatu wnoszą do kompozycji pewne zielone, soczyste oraz wysublimowanie  akcenty (w przeciwieństwie do surowego, chłodnego otwarcia). Powstały akord przechodząc w dalsze fazy rozwoju stopniowo się wycisza i staje się lekko balsamiczny za sprawą żywicy jodłowej. Podkreśla on również zielone niuanse nut serca. Nie ukrywam, że kadzidło wymienione w składzie jest dla mnie zupełnie wycofane i niespecjalnie je wyczuwam. Przechodząc do dolnych nut: ozonowo-fiołkowo-jodłowy akord zostaje otulony przez nienarzucające się nuty drzewne i akord białego piżma, przy czym sama woń nie traci swojego uroku. 

Na tym etapie warto wrócić do analogi z nieoszlifowanym diamentem, ponieważ MaÎtre Joaillier, tak jak wspomniany klejnot, dopiero z biegiem czasu nabiera kształtu. To właśnie wtedy ma się ochotę go nosić. Recenzowana kompozycja wydaje się być bardzo ciekawą alternatywą dla klasycznych cytrusów oraz zapachów wodno-ozonowych, które z reguły pachną bardzo podobnie. Śmiało mogę powiedzieć, że Jubiler w pewien sposób wyznaczył całkiem ciekawy nurt. To właśnie on wzbudził zainteresowanie mojego otoczenia.

Twórca kompozycji: Claudia Scattolini

Nuty głowy: aldehydy, nuty ozonowe
Nuty serca: liście fiołka, kadzidło, jodła balsamiczna
Nuty bazy: wetyweria, drzewo cedrowe, białe piżmo

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.

sobota, 29 czerwca 2019

EXTRAIT D’ATELIER- Maître Chausseur

Od pewnego czasu zapoznaję się z niszowymi markami perfum, które po raz pierwszy pojawiły się stacjonarnie w Krakowie, a dokładniej mówiąc w Dragonfly Olfactory Studio. Jedna z nich zapadła mi szczególnie w pamięci ze względu na swoją ciekawą myśl przewodnią- jest to włoska marka EXTRAIT D’ATELIER. Obecnie składa się ona z 5 kompozycji, a każda z nich jest inspirowana tradycyjnymi zawodami rzemieślniczymi: szewcem (bohaterem dzisiejszego wpisu), garncarzem, krawcem, jubilerem i ogrodnikiem. Jak widać pomysł na kolekcję wydaje się być bardzo oryginalny, tym bardziej, że Włosi niemal od zawsze słyną z dobrego jedzenia i wysokiej jakości rzemiosła (szycie na miarę, buty na zamówienie itd.). Jeżeli zatem jesteście ciekawi, czy Maître Chausseur (Szewc) jest taką kompozycją wysokiej jakości, zapraszam do poniższej recenzji.

Niemal od zawsze zwracam uwagę na obuwie, które noszę, ponieważ zdaję sobie sprawę, że trzeba o nie zadbać, aby było wygodne i posłużyło mi długie lata. Zapewne dlatego też na pierwszy ogień do opisania wybrałem Szewca. Gdy po raz pierwszy przyglądałem się temu flakonowi zastanawiałem się, jak mogą pachnieć perfumy inspirowane pracownią obuwia. Wyobrażałem sobie kompozycję, w której dominuje skórzany akord podbity smolistym dymem, przypominającym czarną pastę do butów (np. Kiwi). Stawiałem sobie również pytanie, czy w takiej kompozycji znajdzie się miejsce dla drewnianej, cedrowej bazy, będącej ukłonem w stronę prawideł. Po przeczytaniu piramidy zapachowej byłem zaskoczony, bo w składzie Maître Chausseurz znajduje się dużo nut orientalnych i kwiaty. Gdy nie mogłem się już powstrzymać, żeby skonfrontować własną wizję z esencją zamkniętą we flakonie EXTRAIT D’ATELIER, przystąpiłem do testów globalnych.

Okazuje się, że właścicielka marki, Chiary Ronzani, miała zupełnie inną koncepcję, niż moja. Otwarcie Maître Chausseur pachnie lekko, finezyjnie i pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że przypomina mi szyprowy zapach od Zoologist- Dragonfly ( :) ). Na pewno nie są to zapachy bardzo podobne, jednak wątki kwiatowe wyrażone są w tych samych "barwach". Kompozycja wydaje się być delikatnie słodka, odrobinę pudrowa i obija się nieco o klimaty lat 80-tych, aczkolwiek sama w sobie nie jest tak narzucająca się. Z biegiem czasu, gdy zapach się rozwinie, można doszukać się w nim pewnych żywiczno-dymnych niuansów. Zawarta w nim kawa prawie wcale nie daje o sobie znać, co mnie dziwi, bo często dominuje kompozycje. Tak prawdę mówiąc, ciężko jest jednoznacznie powiedzieć, pod który konkretnie składnik powstały te perfumy. Wszystkie nuty Szewca płynnie łączą się ze sobą i żadna z nich nie wyróżnia się na tle pozostałych. Na sam koniec baza delikatnie się ociepla za sprawą wanilii i ambry, leniwie rozwijając się na drzewno-skórzanej bazie.

Okazuje się, że Maître Chausseur jest nowoczesną kompozycją, która w mojej opinii nie ma za dużo wspólnego z zapachem obecnym w warsztacie szewskim (przynajmniej w tych, które odwiedziłem). Wydaje mi się, że wszystkim ta interpretacja perfum wyjdzie na zdrowie, bo kto by chciał pachnieć butaprenem albo gumową podeszwą :) ? Niemniej jednak zapach wydaje się być udany, ale niekoniecznie łatwy w odbiorze (jak przystało na perfumy niszowe). Otwarcie może nas wprowadzić w błąd i odrobinę zniechęcić do dalszych testów, jednak gwarantuję, że ta kompozycja zyskuje dopiero z czasem.

Twórca kompozycji: Claudia Scattolini

Nuty głowy: tatarak, imbir, dzwonek
Nuty serca: elemi, orchidea, kadzidło, kawa, olibanum, kolendra
Nuty bazy: wetyweria, drzewo sandałowe, skóra, wanilia, ambra

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.

sobota, 22 czerwca 2019

Chopin Perfumes- Op. 25


Op. 25 jest zapachem, który niespecjalnie uwiódł mnie swoim składem w trakcie poznawania marki Chopin Perfumes, dlatego planując testowanie całej trójki zostawiłem go na sam koniec. Jak się okazało była to pochopna decyzja, bowiem we flakoniku znalazł się naprawdę przyjemny i uniwersalny zapach o przyzwoitych parametrach, będący dla mnie numerem 1 tej marki. Jest tylko jeden i to nie mały minus, o którym niebawem wspomnę...

Otwarcie perfum to bez wątpienia ich najlepszy etap rozwoju. Dzięki cytrynie zapach jest wówczas soczysty. Nabiera również orientalno-pikantnych niuansów za sprawą żywicy elemi oraz czarnego pieprzu. Całość wybrzmiewa całkiem naturalnie i spójnie. Z biegiem czasu możemy również rozszyfrować nutę przewodnią. Jak się okazuje nie jest to cedr (tak, jak zakładałem pierwotnie bazując na kolorze flakonu i składzie), lecz czarny pieprz, który od początku mocno akcentuje swoją obecność. W środkowych nutach zostaje on podbity nutami drzewnymi. Z początku cedr wnosi do kompozycji soczysto-iglaste akcenty, które spójnie łączą się z nutą głowy. Jednak stopniowo ten efekt zanika i możemy wyraźnie odczuć zmianę kierunku rozwoju- Op. 25 przechodząc w dolne nuty staje się wytrawny, suchy i pylisty. I właśnie na tym etapie napotykamy minus, o którym wspominałem we wstępie. Powstały akord jest mi już znajomy. Okazuje się, że mocno przypomina perfumy Bentley- Infinite Rush i Montale- Intense Pepper. Na szczęście nie jest to kopia w skali 1:1, natomiast trzeba tu zaznaczyć, że na trzy produkty Chopin Perfumes, już drugi raz mamy do czynienia z pewną dozą naśladownictwa.

Jak to mawiają "ostatni będą pierwszymi". W moim osobistym rankingu tak się stało z Op. 25. Kompozycja jest lekka, przyjemna i do tego bardzo uniwersalna, dzięki czemu możemy używać jej niemal w każdej sytuacji. Poza tym na mojej skórze bohater wpisu posiada najlepsze parametry użytkowe. Obiektywnie pisząc ten zapach jest najciekawszy z całej trójki. Jeżeli by tak przymknąć oko na jego wtórność to mielibyśmy do czynienia z naprawdę ciekawym produktem. Na szczęście wspomniane wyżej Bentley i Montale nie są aż tak popularne w naszym kraju.

Twórca kompozycji: brak danych

Nuty głowy: cytryna, czarny pieprz, żywica elemi
Nuty serca: drzewo cedrowe, cypriol, jaśmin
Nuty bazy: mech, nuty drzewne, piżmo

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.chopinperfumes.com

piątek, 21 czerwca 2019

Chopin Perfumes- Op. 9


Dzisiaj skupię się na perfumach Op. 9, które najbardziej podobają mi się pod względem składu ze wszystkich trzech Chopinów. Nie ukrywam, że moje oczekiwania względem tego produktu były bardzo wysokie, bowiem ich piramida oparta jest o drzewno-orientalny szkielet składający się z m.in. ze śliwki, labdanum, agaru, tytoniu, goździka i pozostałych nut drzewnych. Warto też wspomnieć, że w porównaniu do Op. 28 zapach wydaje się być niezależnym bytem i nie przypomina nic ze znanych mi perfum.

Otwarcie kompozycji charakteryzuje się sporym, aczkolwiek całkiem przyjemnym nieładem. Śliwkowy akord, który nie wybrzmiewa zbyt naturalnie przeplata się z rześkimi akcentami bergamotki i rabarbaru, po czym dość szybko zostaje zdominowany przez dymne nuty drzewne. Na tym etapie śliwka nabiera podwędzanych niuansów oraz pewnej dozy suchości, pochodzących od nut drzewnych. Śmiało mogę powiedzieć, że Op. 9 w środkowych nutach staje się męski pod względem charakteru, jednak w żadnym stopniu nie przypomina mi perfum orientalnych, jakich spodziewałem się po spisie nut. Im dalej w las, tym mocniej Op. 9 ujawnia drzewno-kadzidlane oblicze za sprawą czystka oraz nut drzewnych. Po dłuższej integracji z tymi perfumami również odnoszę wrażenie, że od czasu do czasu delikatnie daje o sobie znać nuta tytoniu, która urozmaica drzewno-żywiczną bazę. Finalnie mogę powiedzieć, że zapach sam w sobie jest lekki, przyjemny i nie narzuca się otoczeniu.

Cieszy mnie fakt, że Op. 9 jest samodzielną kompozycją i nie czerpie inspiracji z innych znanych mi perfum. Po pierwszym kontakcie z Op. 28 obawiałem się, że kolejne pozycje ze stajni Chopin Perfumes mogą być klonami znanych szlagierów (np. kopią Dior- Sauvage, który obecnie jest bardzo popularny). Na szczęście w tym wypadku tak się nie stało. Op. 9 jest całkiem elegancki i bez wątpienia będzie dobrze komponował się z białą koszulą i garniturem. Jednak mimo tego nie znajdziemy w tych perfumach nic odkrywczego. Uważam, że zapach ten byłyby całkiem udany gdyby nie fakt, że jego parametry użytkowe są bardzo przeciętne- ok. 4-5h na skórze przy stosunkowo małej projekcji.

Twórca kompozycji: brak danych

nuty głowy: bergamotka, śliwka, rabarbar
nuty serca: goździki, czystek, oud, drzewo cedrowe
nuty bazy: tytoń, wetyweria, labdanum, drzewo gwajkowe

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.chopinperfumes.com

czwartek, 20 czerwca 2019

Chopin Perfumes- Op. 28


Od premiery marki Chopin w Szanghaju minęło już ponad pół roku. Mimo debiutu na wielkim wydarzeniu, jakim były China International Import Expo, na polskich stronach internetowych przez dłuższy czas nie zamieszczono zbyt wielu informacji na temat perfum inspirowanych twórczością Fryderyka Chopina. Na moje szczęście udało mi się w końcu zapoznać z kompozycjami stworzonymi przez krakowski koncern Miraculum, który dotychczas kojarzyłem głównie z "Panią Walewską" i tanimi wodami po goleniu. Jeżeli jesteście ciekawi, jak pachnie Op. 28 zapraszam do poniższej recenzji.

Miało być ekskluzywnie, a jest bardzo mainstreamowo i wtórnie. Nie licząc flakonów oraz opakowań, które bez wątpienia tworzą wizerunek produktu premium, w moim mniemaniu sam zapach bardzo odstaje od całości i to wcale nie dlatego, że jest jakiś beznadziejny, czy że brakuje w nim finezji. Kompozycja sama w sobie jest bardzo przyjemna (z wyczuwalnymi nutami wodno-ozonowymi), ale niestety wtórna. Nie ma co ukrywać, że Op. 28 jest bliskim kuzynem Ralpha Laurena- Polo Blue i Giorgio Armaniego- Acqua di Gio- piramida zapachowa jest stworzona również bardzo podobnie, jak w przypadku szlagierów lat 90-tych:

Top: cytrusy, iglaki; Mid: nuty morskie, zioła; Bot: nuty drzewne.

Ostatnio recenzując Polo Blue pisałem, że po 2000 r. był już pewien przesyt na rynku perfumeryjnym związany z kompozycjami sportowo-wodno-ozonowymi, przez co pozycja od Ralpha Laurena bardzo straciła za sprawą swojej późnej premiery (2003 r.). Odnoszę wrażenie, że Op. 28 miał na celu przypomnienie konsumentom o dobrych, świeżych, męskich zapachach sprzed niemal trzech dekad, lecz uważam, że zabieg ten nie popłacił (tak, jak w przypadku Polo Blue).

Bohater wpisu bardzo mi się podoba, ponieważ od pewnego czasu miłuję się w perfumach tego typu, ale nie ma dla niego miejsca na mojej półce z zapachami. Kompozycje w podobnym stylu (lepsze czy też gorsze- o gustach się nie dyskutuje) można kupić w okolicach 150-200 zł i uważam, że jest to rozsądna cena za bezpieczny, świeży, męski zapach. Nie widzę jednak sensu przepłacania o kolejne 200 zł za perfumy, które według mnie są eksperymentem. Szkoda, że twórcy kompozycji poszli na łatwiznę i przelali do ładnych flakonów coś, co już znamy od dawna.

Twórca kompozycji: brak danych

Nuty głowy: bergamotka, grejpfrut, estragon, sosna
Nuty serca: nuty morskie, szałwia muszkatołowa, rozmaryn
Nuty bazy: drewno cedrowe, wetyweria, mech

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.chopinperfumes.com

środa, 12 czerwca 2019

Ralph Lauren- Polo Blue

Od kilku dni za oknem bucha temperatura przekraczająca 30 stopni. W miastach robi się beznadziejnie parno i tak duszno, że chwilami człowiek zastanawia się, jak tu przetrwać do końca dnia. Ze względu na sporą wilgotność nasz klimat w letnią porę roku jest bardzo specyficzny. Jest to dla mnie jedyny okres, w którym rozstaję się z ciężkimi i mocno projektującymi perfumami. Zabieg ten stosuję nie tylko po to, aby czuć się bardziej rześko, nie katować ludzi męczącą aurą w pomieszczeniach, czy komunikacji miejskiej, ale przede wszystkim po to, żeby czuć się dobrze we własnej skórze. Moją tajną bronią na duszne i gorące dni jest Ralph Lauren- Polo Blue. W zasadzie sam zapach nie wyróżnia się niczym nadzwyczajnym, a jednak sprawia, że czuję się w nim jak ryba w wodzie. Dlaczego? Tego dowiecie się z poniższego akapitu.

Polo Blue to perfumy, które spóźniły się o parę lat ze swoją premierą, bowiem podobne męskie kompozycje typu sportowego i wodno-ozonowego powstały już w latach 90-tych (część z nich nawet pod koniec 80-tych). Wówczas ogromny sukces odniosły takie kompozycje, jak Armani- Acqua di Gio, Kenzo- Pour Homme, Azzaro- Chrome, Issey Miyake- L'Eau d'Issey Pour Homme itd. Na podstawie moich rozmów z kolegami mogę pokusić się o stwierdzenie, że najbardziej rozchwytywany zapach z wymienionych powyżej to właśnie Acqua di Gio. Niemal każdy Polak i Polka ceni sobie tą lekką, energetyzującą kompozycję. W zasadzie ja również ją doceniam, jednak dzisiaj chciałbym się skupić na niebieskim Polo, który w moim odczuciu powinien być zestawiony z najlepszymi świeżymi kompozycjami lat 90-tych (pomimo tego, że zadebiutował dopiero w 2003 r.). Przypuszczam, że gdyby nie to opóźnienie, sam zapach byłby obecnie bardziej rozpoznawalny i pożądany, podobnie jak szlagier ze stajni Armaniego. Jednak po wodno-sportowo-rześkim przesyceniu w minionych dekadach, konsumenci domagali się pewnych innowacji. Ta spóźniona data premiery moim zdaniem bardzo zaszkodziła tym perfumom.

Teraz pewnie zastanawiacie się, jak pachnie mój ulubiony letni "świeżak"? Otóż bardzo klasycznie. Kompozycja nie posiada w sobie żadnych nieznanych nam obecnie innowacji (w przeciwieństwie do czasu, gdy stosowane były one przez perfumiarzy w latach 90-tych). Ponadto zapach sam w sobie jest linearny. Ale wiecie co? Najbardziej cenię go sobie właśnie za prostotę i jakość. 

Cała kompozycja opiera się głównie o kilka wodno-ozonowo-melonowych molekuł lekko podbitych ziołami i cieniem akordu zamszowego. Mógłbym rzec, że zapach jest po prostu przeciętny, ale wyrządziłbym mu wówczas krzywdę, ponieważ gdy wącham te perfumy przenoszę się w czasie, czuję się młodszy i zaczynam bujać w obłokach. Używając Polo Blue czuję się, jakbym zażył relaksującą kapsułkę. Przenoszę się nad błękitną lagunę, na której wyleguję się godzinami, a wszystkie stresy niemal natychmiastowo ze mnie uchodzą. I za to uwielbiam ten zapach. Jest dla mnie uniwersalny latem. Lubię w nim spać, ćwiczyć, przebywać w pracy i cieszyć się, kiedy dosięgają mnie promienie słońca.

Ten wpis jest bardzo subiektywny, ponieważ dla wielu z was Polo Blue będzie kolejnym mainstreamowym przeciętniakiem. Możliwe, że tak jest, ale dla mnie zapach ten stanowi znacznie więcej (mimo znajomości całej armii kompozycji niszowych). Uważam, że warto mieć w swojej kolekcji coś prostego, przyjemnego i dobrze się kojarzącego. Jeżeli dodatkowo takie perfumy posiadają świetną cenę i niezłe parametry użytkowe (ponad 8 h przy delikatnej projekcji), tym bardziej powinniśmy się nimi rozkoszować.

Twórca kompozycji: Christophe Laudamiel

Nuty głowy: melon, mandarynka, ogórek
Nuty serca: bazylia, szałwia, geranium
Nuty bazy: piżmo, nuty drzewne, zamsz

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.

Ted Lapidus- Lapidus Pour Homme