wtorek, 15 stycznia 2019

Robert Piguet- Bandit



Od paru dobrych tygodniu systematycznie używałem słodkich i otulających perfum, które dodawały nieco ciepła aurze, jaka panuje obecnie za oknem. Delikatnie znudzony wspomnianą monotonią postanowiłem dzisiaj nieco się odprężyć w towarzystwie zapachu szyprowego. Po krótkim namyśle wybór padł na ponadczasowe (klasyfikowane jako damskie) perfumy ze stajni Roberta Pigueta- Bandit. Kompozycja ta jest niebagatelna, zmysłowa i zdecydowanie odbiega od dzisiejszych kanonów, a pomimo to posiada jeszcze wiernych zwolenników. Po części ja również do nich należę. Przyznam, że bardzo długo podchodziłem do Bandita i nie zawsze czułem się komfortowo w jego towarzystwie, bo posiada on niejedno oblicze, a nie każde z nich mi odpowiada.

Robert Piguet- Bandit w pewien sposób przypomina mi kobiecą wersję perfum YSL- Rive Gauche, czy nawet Cabochard od Gres. Nie powinno to dziwić, ponieważ w każdej z powyżej wymienionych kompozycji dominuje mech dębowy, aldehydy i zieleń. Cabochard zawiera też skórzany akord, podobnie jak i Bandit. Klasyczne kobiece szypry lat 70 i 80-tych mają to do siebie, że pachną bardzo podobnie i trzeba sie liczyć z tym, że obecnie nie każdy odbiorca potrafi je docenić. Wracając jednak do perfum Pigueta- śmiało mogę napisać, ze najbardziej lubianym przeze mnie etapem ich rozwoju na skórze są górne nuty. Dzieje się tam naprawdę wiele, panuje w nich pewnego rodzaju nieład, który raz potrafi oczarować, a kiedy indziej nawet przytłoczyć. Nuty odpowiedzialne za to zamieszanie są dość charakterystyczne dla ówczesnych lat. Znajdziemy tam aldehydy, cytrusy i moje ulubione galbanum. Nadaje ono pewnego rodzaju zielonego mroku oraz powoduje złudzenie, jakbyśmy wąchali bąbelki uchodzące z szampana. Buforem, który łączy ze sobą chaos panujący w otwarciu i dolne nuty to kwiaty (goździk, fiołek, róża, jaśmin i tuberoza). Żadnemu z nich Germine Cellier nie poświęciła szczególnej uwagi, bowiem Bandit z założenia miał być mroczny i bezpardonowy. Środkowe nuty wzbogacają swoją kwiecistą słodyczą przejście do dolnych nut, w których umieszczony został gwóźdź programu. Dopiero na tym etapie perfumy Pigueta oddaja to, co maja w sobie najlepsze: lekko słodkawą licową skórę, wzbogaconą o animalny akcent cybetu, przeplatający się z suchym, ziemistym i mrocznym mchem dębowym.

Tak, jak wspomniałem już na wstępie- perfumy Bandit są ponadczasowe i pomimo niejednej reformulacji wciąż pozostają oryginalne i niszowe. Niestety z retro szyprami jest tak, jak ze starymi filmami. Pomimo sentymentu do pewnych produkcji ciężko się je ogląda, bo niektóre przedstawiane tematy są już nieaktualne, inne zaś pomimo swoich lat są jak wino- im starsze tym lepsze. Myślę, że w tym przypadku Bandit należy do drugiej grupy.  Z biegiem lat nie stracił swojego uroku i uważam, że w dalszym ciągu warto go poznać, a jeszcze lepiej używać. Jednak trzeba na niego nieco uważać i używać go umiejętnie, aby się nie zniechęcić na samym początku (w zbyt cieple dni potrafi wywołać migrenę i stać się bardzo gęsty, duszny, wręcz nieprzyjemny).
 

Twórca kompozycji: Germine Cellier

Nuty głowy: aldehydy, pomarańcza, dzięgiel, gardenia, galbanum, neroli, ylang-ylang, bergamotka
Nuty serca: goździk (roślina), korzeń fiołka, jaśmin, róża, tuberoza
Nuty bazy:  skóra, bursztyn, paczula, piżmo, kokos, cybet, mech dębowy, wetyweria, mirra 

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.

wtorek, 8 stycznia 2019

Viktor&Rolf- Spicebomb Extreme

Panująca obecnie za oknem aura sprzyja noszeniu ciężkich i słodkich perfum. Z tego powodu postanowiłem opisać flanker jednego z ciekawszych męskich, mainstreamowych zapachów, jakim bez wątpienia jest Spicebomb Extreme od Viktor & Rolf. Kompozycja ta jest niebagatelna zarówno z perspektywy parametrów użytkowych, jak i samego aromatu. Spicebomb Extreme należy zaliczyć do perfum grupy waniliowo-tytoniowej z dużym naciskiem na "waniliowo", ponieważ jest to ich dominująca nuta. Jeżeli jesteście ciekawi, jak pachnie na mnie bohater wpisu zapraszam do przeczytania poniższego akapitu.

Na wstępie warto zaznaczyć, że opisywany dzisiaj zapach jest niezwykle leniwy i rozwija się bardzo powoli. Posiada cechy wspólne względem protoplasty, jednak im częściej go używałem dostrzegałem w nim również kolejne różnice. Najbardziej zbieżną cechą Spicebomb i Spicebomb Extreme jest otwarcie (niemal identyczne), tworzy wokół noszącego bardzo słodką, waniliowo-świdrującą aurę. Waniliowy niuans został wzbogacony o pieprz, który bez wątpienia podkreśla pierwszy człon nazwy perfum- Spice (a parametry to bomb, może nawet atom bomb ;) ). W nutach głowy przewijają się również ziołowo-cytrusowe, lawendowe akcenty, podkręcające orientalny bukiet mieszanki. W klasycznym Spicebomb podobny efekt zawdzięczaliśmy cytrusom, żywicom i czerwonemu pieprzowi. Pomimo zmiany nut w formule flankera, finalny efekt jest niemal identyczny. Na kolejnym etapie rozwoju zapachu można doszukać się kolejnej cechy wspólnej, którą jest obecność słodkiego tytoniu. Nuta ta ściśle współpracuje z wanilią, wzbogacając perfumy o niuanse kojarzące się z wilgotnym, aromatyzowanym tytoniem fajkowym. Pierwszą różnicę pomiędzy Spicebomb, a Spicebom Extreme wyczuwam dopiero po upływie kilku godzin, kiedy to wanilia zdominuje całość kompozycji. Wówczas zapach zmienia swój kierunek i przypomina mi bardziej syntetyczną wersję perfum Tobacco od Francka Bocleta. W tej postaci kompozycja utrzymuje się na skórze jeszcze przez wiele godzin.

Spicebomb Extreme to pozycja warta polecenia szczególnie przy krajobrazie, jaki obecnie widzimy za oknem. Ujemna temperatura wydaje sie być idealną porą do używania tych perfum, ponieważ teraz nie stają się tak przytłaczające, jak podczas moich późnojesiennych testów (w temperaturze dodatniej powodowały migrenę). Jeżeli narzekacie na parametry obecnych formuł klasycznego Spicebomba to ten flanker nie powinien was zawieść. Jest on podobny do protoplasty, a przy okazji z czasem lekko ewoluuje, co powoduje, że nie można o nim powiedzieć, że jest tylko jego wzmocnioną wersją. Kolejną zaletą tych perfum jest ich komplementogenność. Niemal za każdym razem, gdy je noszę, słyszę stwierdzenia typu "ładnie dzisiaj pachniesz".

Jeżeli nie macie jeszcze pomysłu na zimowy, męski zapach to polecam wam przetestować bohatera wpisu.

Twórca kompozycji: brak danych

Skład: kminek, lawenda, czarny pieprz, tytoń, wanilia

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.

niedziela, 6 stycznia 2019

Spotkanie Perfumoholików w Krakowie 05.01.19


Wczorajszego dnia miałem okazję uczestniczyć w bardzo przyjemnym spotkaniu o tematyce perfumeryjnej. Wraz z kilkoma lokalnymi perfumoholikami (oraz jednym gościem z Warszawy ;) ) spotkaliśmy się w krakowskiej restauracji Czeczotka i przez ponad 6 godzin dyskutowaliśmy o naszym hobby oraz wymienialiśmy się różnymi spostrzeżeniami. Na stole przy którym zasiedliśmy nie brakowało flakonów znanych marek selektywnych, jak i niszowych, co spowodowało, że każdy uczestnik miał możliwość poszukania dla siebie nowej inspiracji. Ku mojemu zdziwieniu z przyniesionych przeze mnie dekantów dwa z nich cieszyły się sporym zainteresowaniem. Jednym z nich był Jacques Bogart- Furyo- bliski, animalny kuzyn Kourosa, który obecnie jest niemal nie do zdobycia. Drugi to moja własna kompozycja oparta o nuty tj: galbanum, żywice, wetywerie oraz akcenty drzewne. 
Zanim zamieszczę zdjęcia wspomnę o zapachach, które wywarły na mnie największe wrażenie. Na pierwszym miejscu bezapelacyjnie stawiam Masque- Russian Tea (niesamowicie dopracowaną interpretację czarnej herbaty), zaś na drugim pozycjonuję Oliver & Co.- Ambergreen, który oczarował mnie wytrawno-musującą zielenią w otwarciu. Nie przeciągając już dłużej, chciałbym podziękować wszystkim uczestnikom za spotkanie.










Do zobaczenia następnym razem!

poniedziałek, 31 grudnia 2018

Podsumowanie roku 2018


Rok 2018 dobiega końca, dlatego też chciałbym podzielić się z wami swoimi przemyśleniami oraz pewnego rodzaju sukcesami, które udało mi się osiągnąć na przestrzeni ostatnich 365 dni. Blog Feel it today rozpoczął swoją przygodę w grudniu 2017 r. jako hobbistyczny prywatny projekt, który był mocno wspierany przez moją żonę, za co bardzo jej dziękuję. Na początku sam nie byłem pewien, czy podołam temu zadaniu i czy pisanie bloga nie okaże się kolejnym słomianym zapałem. Pomimo wielu zmian w życiu prywatnym (pojawienie się nowego członka rodziny, zmiany pracy i powrotu do sportu po wielu latach przerwy) teraz mogę śmiało powiedzieć, że się opłaciło wytrwać, pisać, poznawać kolejne zapachy i organizować spotkania w Krakowie. Z tego miejsca chciałbym podziękować wszystkim czytelnikom, osobom, które wspierały mnie w chwilach słabości. Szczególne podziękowania dla perfumerii Lulua, Klaudii Heintze i Piotra Czarneckiego za wsparcie merytoryczne i praktyczne w realizowaniu krakowskich eventów o tematyce perfumeryjnej. Mam nadzieję, że jeszcze niejednokrotnie spotkamy się w wymienionym powyżej gronie na kolejnych eventach.

Po krótkim wstępie zapraszam do podsumowania:

W 2018 roku Feel it today odwiedziło łącznie 20 883 osób,  które miały możliwość zapoznać się z 110 publikacjami (recenzje, ciekawostki, przewodniki, quizy, fotorelacje i konkursy). Najpopularniejszymi dla czytelników tematami okazały się być relację z warsztatów, konkurs i wywiad z Piotrem Czarneckim:

W międzyczasie miałem okazję odbyć trzy olfaktoryczne podróże do europejskich stolic (Barcelony, Pragi, Budapesztu), na podstawie których powstały przewodniki perfumeryjne.

Jako fan perfum vintage postanowiłem również podzielić się swoim doświadczeniem w zakresie poszukiwania i kupowania perfum retro z dawnych lat (sprzed reformulacji). 

Poznałem wiele nowych perfum, które wywarły na mnie ogromne wrażenie i chwilowo odsunęły na bok moje zainteresowanie niszą na poczet zapachów selektywnych.

W ramach zabawy na blogu powstały także 4 Quizy, które okazały się dla czytelników nie lada wyzwaniem i frajdą.

Ponadto zacząłem zdobywać aromo-molekuły i olejki eteryczne w celu bardziej precyzyjnego rozszyfrowywania składników i akordów obecnych w perfumach oraz w ramach rozrywki staram się łączyć je ze sobą.

Na zakończenie kilkoma zdjęciami chciałbym przypomnieć wszystkim najważniejsze wydarzenia związane z tym blogiem:









Jak już zapewne doskonale wiecie uwielbiam Kourosa, dlatego nie mogło zabraknąć fotki z sesji zdjęciowej mojego flakonu w Budapeszcie na tle Parlamentu ;).


Na sam koniec postanowiłem podzielić się najważniejszym wydarzeniem w moim życiu, które napędza mnie do przodu i w pewien sposób przełożyło się na mniejszą ilość recenzji na blogu ;). Poznajcie przyszłego spadkobiercę moich flakonów- Mikołajka.


JESZCZE RAZ WSZYSTKIM SERDECZNIE DZIĘKUJĘ I ZAPRASZAM DO CZYTANIA MOJEGO BLOGA ORAZ POLUBIENIA FEEL IT TODAY NA FACEBOOKU.

ŻYCZĘ RÓWNIEŻ SZAMPAŃSKIEJ SYLWESTROWEJ  IMPREZY I SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU!!!

niedziela, 23 grudnia 2018

Frederic Malle- The Night

Po dłuższej nieobecności wracam z dużym impetem do opisywania perfum, bowiem dzisiejsza recenzja skupi się na bardzo szlachetnym i dość trudnym w odbiorze zapachu, którym bez wątpienia jest The Night. Perfumy te zostały stworzone przez Dominique Ropiona w 2014 r. pod szyldem marki Frederic Malle. Nazwa kompozycji odnosi się do nocy, która według kultury arabskiej nie oznacza tylko i wyłącznie następstwa dnia i chłodu pustyni, lecz również porę miłości i gwiazd wypełniających Drogę Mleczną. The Night jest jedną z niewielu (jeśli nie jedyną) kompozycją dostępną w Polsce, która w swoim składzie zawiera naturalne indyjskie drzewo agarowe (Oud). W moim odczuciu to właśnie ten składnik w swojej naturalnej formie kwalifikuje kompozycję jako trudną- w przeciwieństwie do znanych nam jego syntetycznych interpretacji wcale nie pachnie tak przyjemnie, jakby się mogło wydawać (o tym za chwilę).

Pomimo użytego naturalnego oudu, The Night bez wątpienia jest kompozycją poświęconą róży. W tym konkretnym przypadku mowa o róży tureckiej, która występuje w górnych nutach kompozycji. Wybrzmiewa bardzo naturalnie, niezbyt inwazyjnie, a swoją pełnię zapachową oddaje dopiero po pewnym czasie od zaaplikowania. Kwiat miłości od samego początku walczy o dominację z pozostałymi nutami występującymi w piramidzie perfum. W pierwszej kolejności otulony jest przez lekki akcent szafranu, który moim zdaniem imituje dymny, skórzany akord. Opisany powyżej duet pachnie bardzo przyjemnie i orientalnie, z przewagą tego drugiego określenia, bowiem inwazyjna, naturalna, środkowa nuta w postaci indyjskiego oudu daje o sobie znać niemal od pierwszych chwil. Woń tego składnika nie każdemu przypadnie do gustu. Spotkałem się już z komentarzami, że pachnie on jak stajnia, czy nawet pawilon z pawianami w ZOO. Ciężko się z tym nie zgodzić, ponieważ im starszy jest oud, tym bardziej nabiera on animalno-dymnych niuansów, a The Night idealnie to odzwierciedla. Początkowo byłem nieco zniesmaczony tymi perfumami, lecz z czasem zacząłem w nich odkrywać naturalne, orientalne piękno, które bez wątpienia wyróżnia ten zapach na tyle innych z tej samej rodziny. Im dalej w las, tym agarowy niuans stopniowo wycisza się tym samym dopuszczając do głosu różę, która łączy się płynnie z dolnymi nutami (kadzidło frankońskie, drzewo sandałowe) i nabiera nowego, ciepłego wymiaru. 

The Night jest bez wątpienia jedną z ciekawszych kompozycji orientalnych dostępnych na polskim rynku. Perfumy te zwierają wysokiej jakości składniki, które w połączeniu z kunsztem Dominique Ropiona dają nam możliwość odbycia olfaktorycznej podróży na wschód, do arabskich krajów w najlepszym wydaniu. Jedynym (i swoją drogą ogromnym) minusem tych perfum jest ich cena, która wynosi ok. 4.700 zł za 100 ml co daje im status najdroższych perfum dostępnych obecnie w Polsce. Jak podaje producent na swojej oficjalnej stronie cena produktu uwarunkowana jest wysoką ceną naturalnego oudu, który jak wiemy do tanich nie należy.

Twórca kompozycji: Dominique Ropion

Nuty głowy: Turecka róża, szafran
Nuty serca: Indyjski oud
Nuty bazy: olibanum (kadzidło frankońskie), drzewo sandałowe

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.

Robert Piguet- Bandit