niedziela, 2 lutego 2020

Creed- Royal Mayfair


Marki Creed raczej nie trzeba przedstawiać osobom interesującym się tematyką perfum. Jej produkty uchodzą za niszę luksusową i w zasadzie nie sposób im tego odmówić. Męskie zapachy Creed'a są przemyślane, finezyjne, nieraz nawet banalne, ale przy tym wykonane są z bardzo dobrych jakościowo komponentów. Przy pierwszych próbach poznawania portfolio tej marki byłem mocno rozczarowany, bowiem spora część perfum nie zaskakiwała mnie pod względem kompozycji czy nawet parametrów użytkowych, a po teście największego szlagieru- Aventusa również nie byłem zachwycony. Po kilku takich podejściach zastanawiałem się, jakim cudem Creed zyskał tak ogromną, międzynarodową sławę. Odpowiedź na to pytanie przyszło po paru latach, gdy byłem już znudzony szukaniem olfaktorycznych eksperymentów (dziwactw). W pewnym momencie miałem dość słodkich i orientalnych perfum. Wróciłem wówczas do Creed'a. Pomysł ten był strzałem w dziesiątkę. Okazało się, że potrzebowałem dojrzeć, żeby zrozumieć klasę tych zapachów i po kilku kolejnych testach kupiłem sobie zapach, który podbił moje serce- Royal Mayfair. 

Bohater dzisiejszego wpisu ma całkiem ciekawą historię, którą warto przytoczyć. Kompozycja ta pierwotnie powstała w 1936 r. na cześć Edwarda- Księcia Windsdoru. Jego sylwetka była synonimem ekstrawagancji, podejmowania ryzyka w życiu i miłości, a także była uznawana z ikonę męskiego stylu. Warto podkreślić, że najważniejsze składniki kompozycji miały nawiązywać do terenów Wielkiej Brytanii (szkocka sosna, gin, róża- Duke of Winsdor). W 2009 r. opisywany zapach został odtworzony i włączony do oferty Creed'a pod nazwą Windsor, jako edycja limitowana. Ruch ten ze strony marki okazał się bardzo trafiony, bowiem zapach podbił serca wielu ludzi. Olivier Creed zdecydował się wyjść naprzeciw oczekiwaniom swoich klientów i w 2015r. poszerzył portfolio marki o wspomnianą wyżej kompozycję pod inną nazwą- Royal Mayfair, która nawiązuje do bardzo ekskluzywnej dzielnicy Londynu. 

Royal Mayfair to zapach, który nie kojarzy mi się z innymi poznanymi perfumami. Nosząc go odnoszę wrażenie, że to nie jest kompozycja dla każdego. Poza tym sam zapach jest świetnym uzupełnieniem eleganckiej garderoby. Nic dziwnego, że został skomponowany z myślą o księciu. 

Pierwsze chwile od aplikacji należą do trudnych, szczególnie dla niewprawionych nosów. Zapach przeszywa nasze nozdrza terpentynowo-kamforową bombą, która pochodzi z użytych olejków sosnowych oraz akordu ginu (właściwie z owoców jałowca). Z początku powstały bukiet delikatnie mnie zniechęcał, jednak z czasem zacząłem go akceptować, a nawet bardzo lubić. Po kilku chwilach powstała woń staje się delikatniejsza. Do głosu dochodzą ciepłe nuty rumu oraz nienarzucająca się słodycz i ciepło emanujące z róży. Jest to mój ulubiony etap rozwoju tych perfum. Zachowany jest w nim balans pomiędzy słodyczą a wytrawnością. Bardzo dobrze wyczuwalny jest również wątek drzewa iglastego, który przeplata się z alkoholowymi nutami. Im dalej w las, tym kompozycja staje się bardziej bliskoskórna. Wszystkie powyższe nuty są wciąż dobrze wyczuwalne i stopniowo zostają utrwalone przez bazę perfum, która nie wpływa znacząco na zmianę zapachu. 

Royal Mayfair nie jest łatwą kompozycją. Potrafi jednak bardzo pozytywnie zaskoczyć jeśli da się jej szansę. Projekcja tych perfum nie jest ogromna, dlatego też świetnie sprawdzi się na co dzień jako zapach do biura. Po wielu testach bohater wpisu wybił się bardzo wysoko w moim osobistym rankingu i jest to pozycja, po którą ostatnio sięgam najczęściej. Wszystkich ciekawskich zapraszam serdecznie do testów (Panie również- moja żona również jest zauroczona tymi perfumami i nie powinno to nikogo dziwić, wszak to unisex).

Twórca kompozycji: Olivier Creed

Nuty głowy: gin, sosna, rum
Nuty serca: róża (Duke of Windsor)
Nuty bazy: pomarańcze, cedr, eukaliptus

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.

środa, 29 stycznia 2020

Gallagher Fragrances- Bergamust



Jakoś tak wyszło, że nie miałaem okazji podsumować 2019 r.. Tak prawdę mówiąc nie brałem udziału w jakichś większych wydarzeniach oraz niespecjalnie poświęcałem swój czas na poznanie nowości. Prawda jest taka, że większość czasu spędziłem na rozkręceniu własnej marki perfumeryjnej oraz doszlifowywaniu każdego szczegółu związanego z jej wkroczeniem na rodzimy rynek. Jak sami widzicie moje podsumowanie byłoby bardzo nudne i narcystyczne, bowiem pisałbym w większości o JMP Artisan Perfumes. Na pociesznie dodam, że teraz, po wyleczeniu zapalenia zatok, przedstawię wam świetny rzemieślniczy zapach z przewodnią nutą mojego ulubionego kwiatu- pomarańczy. Kompozycja sama w sobie jest dopracowana pod każdym względem i do tego gwarantuję, że świetnie się spisze w wiosenne dni. Zacznijmy jednak od początku.

Gallagher Fragrances zadebiutowało na Feel it today znaną i wyróżnioną na dziesiątej odsłonie konkursu Art and Olfaction Awards, różaną kompozycją- Rosé All Daé. Dzisiaj jednak z kategorii gourmand przeniesiemy się na skrajny biegun, czyli do perfum świeżych. Jak dobrze już pewnie wiecie nie należę do miłośników zapachów wodnych czy cytrusowych, natomiast w przypadku bohatera dzisiejszego wpisu- Bergamust jest zupełnie inaczej. Jak już wspominałem wyżej kompozycja ta jest poświęcona kwiatowi pomarańczy (a nie bergamotce, jakby wskazywała na to nazwa perfum) połączonej z molekułami oraz z innymi olejkami eterycznymi w dość finezyjny sposób.

Otwarcie kompozycji charakteryzuje się świeżym, czysto cytrusowo-wodnym akordem, który niemal od samego początku przeplata się wraz z kluczową nutą serca, kwiatem pomarańczy. W pierwszej chwili, gdy nie znałem pełnej piramidy tej kompozycji, byłem przekonany, że zapach ten przypomina mi bardziej neroli. Po kilku globalnych testach śmiem twierdzić, że nuta ta jest odtworzonym syntetycznie akordem lub mała dawka tego białego kwiatu została przyprawiona molekułami odpowiadającymi za jej gorzki niuans. Tak czy owak aromat jest bardzo przyjemny, a z czasem staje się jeszcze przyjemniejszy, bowiem pojawia się drzewo cedrowe wygładzając krawędzi w sercu Bergamust. Jak przystało na perfumiarstwo XXI w., w dolnych nutach odnajdziemy kilka dobrze znanych nam molekuł, z których najbardziej o sobie dają znać ambroksan oraz e-iso super. Balans pomiędzy tymi składnikami jest zachowany, żadna z tych nut do samego końca nie dominuje kompozycji, a białe piżmo wnosi kolejną dozę złudzenia bieli i czystości, w wyniku czego mamy do czynienia z naprawdę przyjemnym pachnidłem.

Bergamust nie jest jakąś odkrywczą kompozycją, lecz nosi się ją z ogromną frajdą, szczególnie jeśli lubimy narkotyczny zapach białych kwiatów. Przed pierwszym testem nie spodziewałem się, że zapach okaże się lekki, skoro został stworzony przez niezależnego, amerykańskiego rzemieślnika Daniela Gallaghera. W końcu jego róża (Rosé All Daé) to istna bomba atomowa dorównująca największym szlagierom marki Olympic Orchids. Pomimo mojego początkowego lekkiego, bezzasadnego uprzedzenia cieszę się, że Bergamust okazały się solidnymi i przyjemnymi w noszeniu perfumami.

Twórca kompozycji: Daniela Gallaghera

Nuty głowy: bergamotka, nuty morskie
Nuty serca: kwiat pomarańczy, drzewo cedrowe
Nuty bazy: ambroksan, e-iso super, białe piżmo, ambra

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.

piątek, 27 grudnia 2019

Olympic Orchids- Salamanca

Bohater dzisiejszego wpisu inspirowany jest hiszpańskim uniwersyteckim miastem Salamanką, leżącym pomiędzy Madrytem a granicą z Portugalią. Kompozycja ta ma odzwierciedlać zapach środka lata, kurzu, woni pól i ziół, starych budynków oraz wyrobów skórzanych sprzedawanych na Rua Mayor (ulica). Przyznam szczerze, że pomimo tego, iż zapach nie należy do najłatwiejszych w odbiorze, to faktycznie zawiera on wszystkie wymienione wyżej aromaty. Jeżeli jesteście ciekawi, jak Salamanca "układa się" na skórze to zapraszam do poniższego akapitu.

Od pierwszych chwil zapach uderza w nasze nozdrza z taką mocą, że można zostać ogłuszonym z wrażenia. Już na tym etapie wiadomo, że mamy do czynienia z potężnymi perfumami pod względem parametrów użytkowych. Gdy do tego zapoznamy się jeszcze ze spisem nut, nie będziemy mieli wówczas złudzeń, że jest to zawodnik wagi superciężkiej (nie powinno to nikogo dziwić, wszak skomponowała go Ellen Covey, twórczyni wycofanego Zoologist- Bat).

Tak, jak wspominałem, kompozycja otwiera się dość inwazyjnie. Wyłania się z niej zapach absolutu siana, który bez wątpienia przywodzi na myśl ciepłe, letnie dni. Aromat ten wzbogacony jest o pyliste, ziemne niuanse pochodzące z gliny. Powstały duet został doprawiony również kocanką, dzięki czemu kompozycja wzbogaca się o dodatkowe herbaciano-słomiano-przyprawowe akcenty. Z biegiem czasu powstała woń stopniowo przycicha i dopuszcza do głosu gwoździa programu, który w mojej opinii jest fundamentem tej kompozycji, czyli skórzany akord. Ten z Salamanci jest mi bardzo dobrze znany. Myślę, że miłośnicy starych szyprów również zidentyfikują ten specyficzny zapach o profilu zielono-mszysto-skórzanym. Jeżeli jednak nie wiecie o czym mówię, proponuję zapoznać się z takimi kompozycjami jak Grès- Cabochard, Aramis- Classic, Robert Piguet- Bandit oraz stworzonym przeze mnie Mossy Soil. Wielu z nas po spotkaniu z Salamancą będzie miało wrażenie, że wącha zapach z rodziny szyprowej właśnie ze względu na wspomniany skórzany akord (co nie do końca jest prawdą). Salamanca w żadnym wypadku nie jest klasycznym zapachem szyprowym, ponieważ nie składa się z pełnej piramidy szyprowej, a tak prawdę mówiąc to nie jest nawet zbudowana w oparciu o piramidę zapachową (jest to dość popularne zjawisko w brandach industrialnych/rzemieślniczych). Wracając jednak do tematu- warto wspomnieć, iż kompozycja została wzbogacona o pewną dozę słodyczy i ciepła w postaci żywic oraz absolutu mimozy, w wyniku czego skórzany akord nie wybrzmiewa zbyt surowo. O parametrach użytkowych nie będę się specjalnie rozpisywał, ponieważ w moich włosach utrzymuje się ponad dobę i jest lekko wyczuwalna nawet po umyciu włosów (nieźle, co ?).

Salamanca jest bez wątpienia specyficznym zapachem i raczej nie przypadnie do gustu większości z nas. Kompozycja ta posiada swój specyficzny, niszowy charakter i przepotężne parametry użytkowe, które po prostu mogą onieśmielić noszącego. Ja jeszcze muszę się zastanowić, na ile polubiłem się z bohaterem wpisu, natomiast wszystkim miłośnikom skór i osobom szukającym olafktorycznych wyzwań serdecznie polecam testy.

Twórca kompozycji: Ellen Covey

Skład: absolut siana, glina, labdanum, opoponaks, fasolka tonka, skóra, mimoza, kocanka, wetyweria

Zdjęcie oraz cytat do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.lulua.pl.

czwartek, 26 grudnia 2019

Liquides Imaginaires- LA-CRIMA

 Liquides Imaginaires jest stosunkowo znaną marką perfum niszowych w naszym kraju. W swojej kolekcji posiadam ich jeden bardzo przyjemny, animalny zapach- Peau de Bete. W czasie niespełna roku miałem okazję zapoznać się z całym portfolio tej marki i muszę stwierdzić, że wiele kompozycji do mnie nie przemawia, zaś tylko nieliczne podbiły moje serce. Do tych drugich należy między innymi LA-CRIMA, bohater dzisiejszego wpisu, który jest częścią trylogii Les Humeurs.
 
Otwarcie kompozycji tworzy olfaktoryczną iluzję. Wydawać by się mogło, że  LA-CRIMA okaże się kadzidlanym, sakralnym zapachem. Dzieje się tak za sprawą aldehydów, które w połączeniu z odpowiednio dobranymi żywicami i olejkami tworzą aromat podobny do tego wydobywającego się podczas mszy w kościele. W przypadku bohatera wpisu nie jest to do końca ta sama woń, jak powyżej, bowiem została zmiękczona różowym pieprzem i do tego nie jest tak surowa. Żywica elemi wraz z drewnem podtrzymują efekt iluzji, ale prawdę mówiąc cały kadzidlany efekt znika stosunkowo szybko. Odnoszę wrażenie, że w LA-CRIMA wystarczy jedna, może dwie minuty, aby zapach przetransferował się od razu do dolnych nut, w których pierwsze skrzypce gra kastoreum. Wybrzmiewające wcześniej nuty głowy i serca znikają na drugi plan, aby tworzyć ciepłe i dymne tło pod strój bobrowy. Powstały akord wraz z mchem dębowym przypomina mi zapach skóry licowej. Jako ciekawostkę chciałbym wspomnieć, że spotkałem się już z perfumami, które były poświęcone nucie kastoreum i według mnie pachniały bardzo podobnie do LA-CRIMA. Jeżeli nie wiecie, jaki zapach mam na myśli to już wyjaśniam- chodzi mi o pierwszą odsłonę Beavera od Zoologist. Jeżeli byśmy pozbawili Beavera kwiatowych nut otrzymalibyśmy bardzo zbliżony aromat do bazy opisywanych dzisiaj perfum. Warto jednak zaznaczyć, że LA-CRIMA jest zdecydowanie mniej animalna (nie zawiera urynopodobnej nuty, która zniechęciła niejeden nos). W mojej ocenie kompozycja ta jest zdecydowanie bardziej ciepła, dymna i ma wplecione piżma, podobnie jak w produkcie Zoologist (pomimo braku ich w oficjalnym spisie nut).

LA-CRIMA to bardzo udane perfumy o niezłych parametrach użytkowych. Wydają się być idealnym wyborem na wieczorne wyjścia. Świetnie również sprawdzą się jako uzupełnienie naszego looku w skórzanej kurtce (np.- ramonesce). Jestem przekonany, że fani żywic oraz skórzanych zapachów docenią tą ciekawą kompozycję i będą się czuli w niej komfortowo, tak jak i ja.


W mitach i snach jestem porównywana do klejnotu, do złotego bursztynu, deszczu lub światła słonecznego. Jestem rzadką perłą, która ucieka kątem oka, kroplą kryształu, która ląduje na twoim policzku. Jestem cenną wodą przepełnioną twoimi najbardziej intymnymi emocjami, twoimi lękami, twoimi radościami, twoimi namiętnościami i twoimi rozczarowaniami. Jestem istotną substancją, solą fizjologiczną i świętym płynem. Mój zapach rozprasza melancholię, poczucie smutku i bólu serca. Jestem śmiertelną bronią do walki z twoim temperamentem. Jestem wodą oczu, LACRIMĄ.”

Twórca kompozycji: Anne-Sophie Behaghel

Nuty głowy: aldehydy, różowy pieprz
Nuty serca: elemi, wędzone drewno
Nuty bazy: mech dębowy, labdanum, benzoes, kastoreum

Zdjęcie oraz cytat do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.dragonfly-store.pl.

czwartek, 19 grudnia 2019

Jusbox- Golden Serenade



Kontynuując serię recenzji o zapachach ciepłych, gurmoandowych i orientalnych postanowiłem dzisiaj opisać pewną nowość, która zawitała na polskim rynku w połowie roku i obecnie dostępna jest stacjonarnie tylko w Krakowie w perfumerii Dragonfly Olfactory Studio. 

Perfumy Golden Serenade marki Jusbox (bo o nich dzisiaj mowa) powstały w hołdzie dla pierwszej w historii muzyki ponadmilionowej sprzedaży płyty. Złotą płytę, o której mowa, otrzymała Orkiestra Glenna Millera od wytwórni płyt RCA za singiel „Chattanooga Choo Choo” w 1942 r. 

Kompozycja sama w sobie jest bogata, gęsta, ciepła, z bardzo mocno wyeksponowanym orientalnym tłem. Nie ukrywam, że świetnie używa się jej, gdy termometr pokazuje za oknem temperaturę bliską 0°C. Jeżeli zatem chcecie dowiedzieć się, jak pachnie bohater dzisiejszego wpisu i czy warto posiadać w toaletce flakon Golden Serenade, zapraszam do poniższego akapitu. 

Na początku warto zaznaczyć, że opisywane perfumy są ekstraktem o zawartości esencji zapachowej 30%. Biorąc pod uwagę, że kompozycja osadzona jest w klimacie orientalnym, raczej nie będę musiał podkreślać, że jej parametry użytkowe (z projekcją na czele) stoją na najwyższym poziomie i chwilami przytłaczają nawet mnie (szczególnie w nieco cieplejsze dni). Od pierwszego kontaktu ze Złotą Serenadą mamy do czynienia z kombinacją, w skład której wchodzi szafran oraz goździk (przyprawa, nie mylić z kwiatem). Wspomniany duet rozgrzewa zmysły węchu, wprowadzając nas drobnymi krokami w opowieść o przebogatych krajach orientu. Eugenol zwarty w goździku tworzy ciepłą aurę. Dominuje nad nią szafran, podkreślając bogactwo kompozycji od pierwszych chwil. Serce perfum uwalnia kadzidlaną nutę o drzewnym profilu, a paczula dopełnia orientalne DNA kompozycji. Na tym etapie odnoszę wrażenie, że połączenie powyższych nut tworzy iluzję delikatnego, skórzano-tytoniowego akordu, który stopniowo się osładza, przechodząc do dolnych nut. Baza Golden Serenade podkreśla to, co według mnie w perfumach orientalnych jest najistotniejsze; stopniowo zaczyna wyłaniać delikatną, waniliową słodycz, która wraz z żywicą opoponaks tworzy wspólnie nieprzesłodzony duet. Powstała woń przełamana zostaje przez molekułę ambrową Amber Xtreme oraz olejek z drzewa agarowego. Dzięki odpowiednio wyważonym proporcjom oraz użytym najwyższej jakości komponentom, Golden Serenade pachnie od początku do końca bardzo oryginalnie i naturalnie. 

Bohater wpisu wydaje się być bardzo ciekawą opcją na zimowe dni. Wspomniane wcześniej parametry użytkowe z jednej strony przerażają mnie (ponieważ nawet po wieczornym prysznicu kompozycja tliła mi się na karku aż do następnego poranka !?!?!), tak z drugiej rekompensują cenę produktu. Wszystkim miłośnikom orientu serdecznie polecam opisywane perfumy, ale zapamiętajcie tę przestrogę: jeżeli nie chcecie promieniować, jak czwarty czarnobylski reaktor w 1986 r., sugeruję nie przekraczać dwóch psiknięć na skórę. 

Twórca kompozycji: Julien Rasquinet

Nuty głowy: goździk, szafran
Nuty serca: kadzidło, paczula
Nuty bazy: oud, wanilia, opoponaks, amber xtreme

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.

poniedziałek, 16 grudnia 2019

Gallagher Fragrances- Rosé All Daé



Ostatnio odwiedzając krakowską perfumerię Lulua miałem okazję zapoznać się z amerykańską marką Gallagher Fragrances. Przeglądając ich portfolio bardzo zauroczyła mnie jedna kompozycja w stylu klasycznego Fougère, przypominając mi odrobinę Houbigant- Fougère Royale. Po pierwszym kontakcie z tym brandem jak robot zacząłem testować kolejne pozycje. Ze względu, iż małymi krokami zbliżają się święta, w pierwszej kolejnści postanowiłem jednak opisać perfumy gourmand, jakimi bez wątpienia są Rosé All Daé (do Fougère jeszcze wrócę). 

Zanim przejdę jednak do recenzji- warto wspomnieć, iż Daniel Gallagher nie jest perfumiarzem z zawodu. Okazuje się bowiem, że w 2015 r. postanowił rozwijać swoje hobby i tworzyć niszowe/indie kompozycje zapachowe. Pomysłowi przewodziła wtórność, jaka obecnie panuje w mainstreamie (skąd ja to znam ;) ?). Dotychczasowo Rosé All Daé okazuje się być jego najlepszym dziełem. Zdobyło wyróżnienie TOP 10 w szóstej odsłonie konkursu The Art and Olfaction Awards 2019.

Do opisywanej kompozycji mam ambiwalentne uczucia, ponieważ z jednej strony doceniam cały zapach, jak i jakość wykorzystanych w nim składników, a z drugiej strony nie lubię perfum z rodziny gourmand. Niejednokrotnie starałem się przekonać do propozycji pokroju A*Men i jego flankerów, lecz nigdy nie kończyło się to powodzeniem. Akceptowalną przeze mnie dozą słodyczy są co najwyżej niektóre perfumy w klimacie orientalnym (osładzane głownie przez żywice i kwiaty). Pomimo mojej lekkiej awersji warto jednak spojrzeć na te perfumy obiektywnie. 

W Rosé All Daé nie odnajdziemy piramidy zapachowej co spowoduje, że nie zaobserwujemy również spektakularnej ewolucji kompozycji. Tuż po zaaplikowaniu perfum na skórę wyczuwam wiodącą nutę, jaką bez wątpienia jest róża, jednak tuż po niej można zidentyfikować całą słodką otoczkę z przewijającym się od czasu do czasu wątkiem metalicznym. Możemy wyczuć aromat suszonego jabłka, który w otoczeniu miodu, śliwki i karmelu imituje zapach świeżo upieczonej szarlotki. Ciekawe jest to, że gdy powąchamy z bliska zaaplikowane miejsce, znacznie mocniej wyczuwalny jest wątek metaliczny, a skojarzenie z szarlotką znika. Metaliczna nuta świetnie przeplata się z wszechobecną słodyczą i tworzy całkiem przyjemny kontrast. Pomimo braku spektakularnej ewolucji na skórze kompozycja zachowuje się jak huśtawka; raz wydaje się, że pachnie jak szarlotka, raz jak kompot z suszu, a czasami nie przypomina mi niczego znajomego. Ciężko jest jednoznacznie zdefiniować, która woń dominuje przez dłuższy czas, nie mniej jednak nie można powiedzieć, że perfumy te są nudne. Jeżeli chodzi o parametry użytkowe stoją na wysokim poziomie, do jakiego przyzwyczaiły nas amerykańskie marki rzemieślnicze. Na początku projekcja jest bardzo przytłaczająca, lecz z czasem stopniowo zapach wycisza się, przy czym trwa, trwa i trwa prze kolejne 8-10 godzin. 

Perfumy te bez wątpienia są warte poznania. Po kilku testach globalnych uważam, że Rosé All Daé zdecydowanie bardziej przypadnie do gustu kobietom, niż mężczyznom. Dlatego też zapraszam serdecznie płeć piękną do przetestowania tego smakowitego pachnidła (oczywiście łakomych Panów również ;) ) i umilenia sobie zimowych, chłodnych dni. 

Twórca kompozycji: Daniel Gallagher

Skład: suszone jabłko, śliwka, róża, brązowy cukier, miód, fasolka tonka, labdanum, wanilia, drzewo sandałowe, paczula, białe piżmo i nuty metaliczne


Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.

piątek, 13 grudnia 2019

Zoologist- Bee



Prężnie rozwijająca się marka Zoologist zaprezentowała nam niedawno kolejny zapach ze swojego portfolio- Bee. Pszczółka została wydana w klasycznym opakowaniu, jak również w edycji limitowanej. Swoją ciepłą, gurmoandowo-miodową aurą fenomenalnie wpasowuje się w klimat zbliżających się świąt Bożego Narodzenia. Podchodząc po raz pierwszy do tej kompozycji miałem bardzo mieszane uczucia, zwłaszcza po zapoznaniu się z Kałamarnicą (przedostatnią premierą marki). Według mnie Squid (Kałamarnica) okazał się wielką pomyłką i nie dorównywał innym zwierzakom ze stada. Bee jest zupełnie inną kompozycją, zdecydowanie bardziej przemyślaną. Nie chodzi mi tutaj o odbiór zapachu (wszak jest to kwestia indywidualna), jak o samą koncepcję nawiązującą do środowiska pszczół (wosk pszczeli i kwiaty są nutami wiodącymi).

Świetnie się składa, że Pszczółka zadebiutowała zimą, bowiem w pewien sposób pasuje do ciasteczek korzennych, herbaty z miodem czy wypieków świątecznych. Pisząc bez ogródek przez pierwsze 5-10 minut zapach jest dla mnie za słodki, jednak jak to mówią do odważnych świat należy i później dzieje się znacznie przyjemniej. Otwarcie Bee jest inwazyjne. Wyłania się słodka, miodowa aura (nieco mleczna), przypominająca mi mix herbatników z miodem wielokwiatowym. Nuta przewodnia została podbita rześką wonią pomarańczy oraz imbirem. Przypuszczam, że to właśnie przemyślanie dobrane proporcje górnych nut imitują woń ciasteczek korzennych/świątecznych wypieków. Tak, czy inaczej jest słodko, delikatnie kremowo, ze szczyptą orientu. Na tym etapie warto zaznaczyć, że nuta miodu w Bee nie ma wydźwięku animalnego, tak jak w przypadku perfum Francess Bianchi- Dark Side czy Maison Francis Kurkdjian- Absolue pour le Soir. Pszczoła jest zdecydowanie mniej mroczna. Im dalej w las, tym zapach mniej projektuje; staje się lżejszy i stopniowo zaczynają wyłaniać się kwiatowe niuanse. W żadnym wypadku nie dominują one jednak nuty przewodniej – miodu. Prawdę mówiąc, gdy zapoznałem się ze składem tych perfum, obawiałem się bardzo helitoropu połączonego z mimozą, które potrafią zdominować zapach i tworzyć gęstą, słodką aurę. Na szczęście w Bee tak się nie dzieje, środkowe nuty delikatnie wnoszą kwiatową słodycz, pudrowe akcenty i w finezyjny sposób transferują kompozycję do bazy. W dolnych nutach zapach staje się nieco bardziej żywiczno-ambrowy za sprawą labdanum i benzoesu. Tli się blisko skóry przez kolejne godziny. Końcowa faza według mnie jest najprzyjemniejsza i komfortowa w noszeniu. Projekcja jest bardzo bliskoskórna, a słodycz staje się zbalansowana za sprawą żywiczno-drzewnych nut.


Bee nie posiada takiego pazura, jak pierwsze zwierzaki stworzone przez Zoologist. Może to i dobrze, ponieważ część z nich dla większości z nas była nie do zaakceptowania. Kilka z nich można nawet nazwać sztuką dla sztuki i  być może dlatego po pewnym czasie zostały poddane reformulacji (aby znalazły grono swoich odbiorców). Nie przedłużając- jeżeli lubicie miód (dużo miodu), kompozycje gourmand lub po prostu szukacie kompozycji podkreślającej świąteczną aurę, Bee wydaje się być bardzo dobrym wyborem.

Twórca kompozycji: Cristiano Canali

Nuty głowy: pomarańcza, imbir, wosk pszczeli
Nuty serca: żarnowiec miotlasty, heliotrop, mimoza, kwiat pomarańczy
Nuty bazy: benzoes, labdanum, białe piżmo, drzewo sandałowe, fasolka tonka, wanilia

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.
Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.zoologistperfumes.com

Creed- Royal Mayfair