wtorek, 30 stycznia 2018

Recenzja książki "Perfumy - stulecie zapachów"


Po kilku tygodniach męki udało mi się zebrać w sobie i dokończyć czytanie książki autorstwa Lizzie Ostrom "Perfumy- stulecie zapachów". Na samym początku zaznaczę, iż sam zamysł przedstawienia kultowych zapachów ubiegłego stulecia wydaje się być interesujący. Na pierwszy rzut oka spoglądając na spis treści oraz tytuły poszczególnych rozdziałów można by się było spodziewać, że ta pozycja literacka wniesie coś nowego i poszerzy nieco horyzonty pasjonatów perfum. Niestety moim zdaniem nie jest to prawdą. Przeglądając dokładniej listę zapachów, które zostały opisane w książce, zauważyłem, że pominięte zostały kultowe męskie perfumy (takie, które są do dzisiaj dostępne w sprzedaży w perfumeriach). Brakuje na przykład ciekawych przedstawicieli pierwszej połowy XX wieku tj.: G. F. Trumper- Eucris z 1912 r. (zapach używany przez Jamesa Bonda), czy Caron- Pour un Homme de Caron z 1934 r. Druga połowa XX wieku z mojego punktu widzenia jest jeszcze bardziej wybrakowana. Autorka książki wyróżniła wprawdzie YSL- Kourosa (w opisie, którego zresztą znalazłem merytoryczny błąd, opisany w osobnym poście na blogu), jednak nie wspomniała nawet o Chanel- Antaeus, Givenchy- Gentleman, Azzaro- Pour Homme i wielu, wielu innych obowiązkowych pozycjach, stanowiących wówczas kanon męskości i elegancji.

Pomijając fakt, jakie perfumy zostały wyselekcjonowane do przedstawienia w książce, należy zwrócić uwagę również na to, że w ich opisach brakuje merytorycznych informacji na ich temat, takich jak np. skład perfum, klasyfikacja względem grupy zapachowej, itd. Zazwyczaj w rozdziale poświęconym konkretnemu zapachowi znajduje się raptem kilka linijek skupiających się na jego fachowym opisie, a reszta treści to opisy, anegdoty oraz wymyślone przez autorkę historyjki, czy dialogi na jego temat. Ponadto uważam, że większość treści przedstawiona jest w dość irytujący sposób. Pseudo-zabawne wstawki wplecione w treść przez autorkę nie przemawiają do mnie, a wręcz przeszkadzają w czytaniu. Zaważyło to na tym, że nie byłem w stanie przeczytać tej książki jednym tchem.

Z jednej strony doceniam fakt, że w księgarniach pojawiła się pozycja związana z tematyką perfum, ale równocześnie nie potrafię jej obiektywnie ocenić. Być może ma na to wpływ to, że miałem zupełnie inne oczekiwania co do jej treści. Liczyłem na to, że przeczytam specjalistyczną książkę o perfumach, a nie wpisy dorównujące poziomem amatorskim blogom prowadzonym przez nastolatki. Na korzyść tej pozycji literackiej działają jej wstęp, opisy poszczególnych dekad oraz zakończenie, gdyż wnoszą one o wiele więcej, niż same treści poświęcone temu, co powinno być najważniejsze- perfumom. 

Książkę oceniam na 2/5

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.empik.com.

niedziela, 21 stycznia 2018

Kouros- szypr czy fougére?


Powoli kończę czytać PERFUMY- stulecie zapachów i niestety pani Lizzie Ostrom mocno mi podpadła... Kouros to nie jest zapach z rodziny fougére tylko szyprowej! Co prawda nie składa się z pełnej piramidy (są tam delikatne braki jak np. róża w nutach serca), ale nie pachnie on przede wszystkim żadną lawendą, co więcej nie występuje ona nawet w składzie... Niestety ale fragrantica też wprowadza ludzi w błąd, klasyfikując ten zapach jako aromatyczno-fougére.


1. Fragment książki na temat zapachu.


2. Zdjęcie z portalu www.fragrantica.pl
3. Zdjęcie flakonu (testery Kourosa zawierają naklejkę z opisem zapachu):


Emporio Armani- lei/ elle/ she/ ella

Dzisiaj postanowiłem opisać kolejny uwielbiany przeze mnie kobiecy zapach, który w moim rankingu damskich perfum sytuuję na drugim miejscu. Przygoda z tą kompozycją związana jest z dniem 8 marca 2016 roku (dla przypomnienia podpowiem, że chodzi o Dzień Kobiet ;)), kiedy szukałem prezentu dla mojej lubej. Z góry chciałbym zaznaczyć, iż nie darzę marki Armani jakąś szczególną sympatią, a nawet powiedziałbym, że niespecjalnie przepadam za nią. Nie zmienia to jednak faktu, że będąc na delegacji w Hamburgu, błądząc po Douglasie, zdębiałem kiedy ekspedientka podała mi nieopisany blotter. Po krótkiej rozmowie zaprowadziła mnie do regału, przy którym znajdował się flakonik Emporio Armani- Lei. W pierwszej chwili ciężko było mi uwierzyć (przez moje uprzednie do marki), że po szyldem Armani został wydany tak zmysłowy, kobiecy zapach, który od pierwszego powąchania mnie zahipnotyzował. Prezent dla żony okazał się być trafiony, bowiem minęło już dwa lata od chwili, kiedy podarowałem jej te perfumy, a ona sama z siebie zaopatrzyła się w kolejny flakon i stale jest on w użyciu.

Po powąchaniu Lei mam wrażenie, że cofam się w czasie do lat 90-tych, kiedy jako dziecko  uczęszczałem na odkryty basen w letnie dni i wyczuwałem podobną, balsamiczną woń od kobiet nacierających się olejkami i balsamami do opalania. Obraz ten przypomina mi się za każdym razem, kiedy wyczuwam w pobliżu te perfumy. Nie od dzisiaj wiemy o tym, że zapachy są w stanie przywoływać pewne wspomnienia oraz mogą się kojarzyć z konkretnymi osobami. W moim przypadku to właśnie Lei jest takim wehikułem czasu.

Kompozycja Armani- Lei nie należy do grupy zapachów, które w trakcie noszenia jakoś szczególnie zmieniają swoje oblicze. Powiedziałbym nawet, że jest ona jest dość linearna. Osobiście nie potrzebuje w tych perfumach jakichś dodatkowych zwrotów akcji, ponieważ same w sobie są radosne i nienachalnie podkreślają swoją słodkością kobiece walory. Tuż po zaaplikowaniu Lei na skórę, wyczuwamy balsamiczno-kwiatowo-pudrową woń, która przez chwilę wzmocniona jest cytrusami oraz lekkim gruszkowym akordem. Na tym etapie delikatnie daje o sobie znać również tuberoza, która miesza się z kwiatami występujących w nutach serca. Najbardziej dominującym z kwiatów jest heliotrop, nadający nieco marcepanowo-waniliowego oblicza. W dolnych nutach bez wątpienia od samego początku wyczuwalna jest słodkość (ale nie mdłość) wanilii, bobu tonka oraz drzewa sandałowego podbitego piżmem. Drzewo sandałowe w Lei tworzy balans pomiędzy nutami słodkimi, a balsamicznymi, dzięki czemu kompozycja w moim odczuciu nie jest w żadnym wypadku przesłodzona.

W niepozornym flakoniku ukryty jest eliksir szczęścia, który zwróci na siebie uwagę niejednego mężczyzny. Sama kiczowatość opakowania może się okazać atutem w kobiecych dłoniach, ponieważ aluminiowo-plastikowa, walcowata buteleczka nie tylko znajdzie swoje miejsce w kobiecej torbie, (bez ryzyka stłuczenia i rozlania), jak również jest stosunkowo lekka. Emporio Armani- Lei bez wątpienia może stać się całorocznym zapachem, ponieważ jego projekcja nie przytłacza otoczenia, nawet w przypadku dosadnej aplikacji. To nie jest wulgarny, prymitywny i chaotyczny zapach, co powoduje, że wyróżnia się na tle obecnego mainstreamu.  W porównaniu do innych damskich kompozycji w segmencie perfum selektywnych, Lei wydaje się być pozycją nieco oderwaną od rzeczywistości i właśnie dzięki temu może zyskać on status zapachu niszowego.

Na koniec chciałbym dodać, że poza wcześniej opisywanym wspomnieniem basenu lat 90-tych, Emporio Armani- Lei przypomina mi przyjemne chwile spędzone z żoną. Coraz bardziej utożsamiam te perfumy właśnie z nią, a ona sama zaczęła je traktować, jak swój signature scent.

Twórca zapachu: Sophie Labbe

Nuty głowy: gruszka, ananas, bergamotka, limonka, mandarynka, tuberoza
Nuty serca: jaśmin, korzeń kosaćca, heliotrop, konwalia
Nuty bazy: wanilia, migdały, piżmo, drzewo sandałowe, fasola Tonka, bursztyn, cedr

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.

środa, 17 stycznia 2018

Hermes- Bel Ami

Miałem dzisiaj w planach opisać kolejne perfumy od Zoologist, jednak  w ostatniej chwili stwierdziłem, że chcąc uniknąć monotonii w publikacji postów, opiszę zapach innej marki. Padło na Hermesa- Bel Ami stworzonego przez Jean-Louis Sieuzaca w 1986 roku. Z Bel Ami znamy się już na tyle dobrze, że nie musiałem się specjalnie przygotowywać do niniejszego wpisu. Perfumy te były w ubiegłym roku moim głównym olfaktorycznym towarzyszem podczas krótkiego urlopu na Słowacji. Nie posiadałem całego flakonu, miałem tylko do dyspozycji 10-mililitrową odlewkę wersji z 2012 roku, którą odkupiłem od kolegi z Perfuforum. Po pierwszym kontakcie z tym zapachem zaiskrzyło między nami niczym w brazylijskiej telenoweli i powstała swego rodzaju chemia. Bel Ami uzmysłowił mi, którą grupę zapachową lubię najbardziej.
Po raz kolejny potwierdziło się też, że to, co dobre powstało przed 1990 rokiem (nie ubliżając oczywiście obecnym kompozycjom). Osobiście uważam, że jest pewna magia w pachnidłach lat 80-tych, która do mnie przemawia. Po zaaplikowaniu większości znanych mi oldschoolowych kompozycji powstaje pomiędzy nami jakaś symbioza. 

Obecnie posiadam najnowszą odsłonę Bel Ami i według mnie delikatnie różni się ona od wersji z mojego dekantu. Największa różnica jest wyczuwalna tuż po zaaplikowaniu go na skórę, bowiem zapach wydaje się być wówczas bardziej aromatyczny, cytrusowo-drzewny (w przeciwieństwie do nostalgii występującej w poprzednich odsłonach tej kompozycji). W zasadzie jestem niemal przekonany, że najnowszy wypust jest mniej ponury, co nie jest oczywiście żadną wadą. Trzeba się liczyć z tym, że reformulacje niosą ze sobą pewne mniej lub bardziej odczuwalne  zmiany. Na szczęście kompozycja Hermesa nie ucierpiała tak mocno, jak chociażby mój ukochany Kouros.

Hermes- Bel Ami w swoim składzie zachowuje pełną piramidę szyprową, wzbogaconą o garstkę ziół, które ukierunkowują jego woń w męską stronę. Baza kompozycji zaakcentowana jest w dużym stopniu akordem skórzanym, co powoduje, że całość kompozycji możemy zaliczyć do grupy szyprowo-skórzanej, a nawet drzewno-szyprowej. W otwarciu tych perfum na pierwszym planie wyczuwamy mieszankę cytrusów otulonych kardamonem oraz szałwią. Gdy cytrusy wyciszają się, ustępują one miejsca kwiatowi goździka, bazylii oraz paczuli. Na tym etapie kompozycja staje się nieco bardziej drzewna. Po parunastu minutach od zaaplikowania z Bel Ami zaczyna wyłaniać się skórzany akord, który jest fundamentem tego zapachu. Najpierw akord ten przebija się dyskretnie, a z czasem całkowicie dominuje on inne nuty. Na koniec ewolucji, w późnej bazie, skórzany akcent zostaje otulony mchem dębowym, wetywerią oraz styraksem.  

Bel Ami bez wątpienia jest kultowym pachnidłem i mówiąc kolokwialnie "nie wali dziadem". Mimo swoich lat perfumy te nadal podkreślają męskość i dodają pewności siebie. Idealnie nadają się do codziennego użytku, jak i na specjalne okazje. W dalszym ciągu są również komplementowane i lubiane przez płeć piękną. Odnoszę wrażenie, że byłyby bardziej znane, gdyby nie ich młodszy brat Dior- Fahrenheit. To właśnie ta nowa kompozycja Jean-Louis Sieuzaca skradła męskie serca, nie Bel Ami.

Twórca kompozycji: Jean-Louis Sieuzac
Nuty głowy: mandarynka, szałwia, bergamotka, cytryna, kardamon
Nuty serca: goździk (roślina), paczula, korzeń irysa, bazylia, jaśmin, cedr
Nuty bazy: skóra, kokos, wanilia, mech dębowy, wetyweria, styraks, ambra

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragranceNet.com.

wtorek, 16 stycznia 2018

I Warsztaty Perfumeryjne Sabbath Of Senses w Krakowie


W minionym roku moja pasja do perfumiarstwa zaprowadziła mnie w zupełnie nowe rejony. Chcąc uzupełnić swoją wiedzę na temat perfum i ich produkcji, zapragnąłem wziąć udział w jednych z warsztatów perfumeryjnych organizowanych na terenie Polski. Poszukując odpowiedniego dla mnie wydarzenia z przykrością odkryłem, że nie organizuje się wielu tego typu spotkań w kraju. Szczególnie niekorzystnie wypadło zamieszkałe przeze mnie województwo Małopolskie, gdzie o tego typu eventach dobrze nie słyszano. W tej sytuacji postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce i zorganizować warsztaty dla pasjonatów perfumiarstwa na terenie Krakowa.



Kraków to drugie miasto pod względem zamieszkałej ludności w Polsce, ośrodek kulturalny i siedziba kilku sympatycznych perfumerii- byłem pewny, że znajdę tu chętnych do udziału w wydarzeniu. Planując je bardzo chciałem, aby spotkanie poprowadził znany szerszej publiczności specjalista w dziedzinie perfumiarstwa, mający również praktykę w występach na tego typu eventach. Uważałem, że idealną kandydatką będzie Klaudia Heintze- twórca bloga Sabbath of Senses. Od dawna jestem fanem jej twórczości, dlatego bardzo się ucieszyłem, kiedy przyjęła moją propozycję i potwierdziła, że poprowadzi organizowane przeze mnie warsztaty.  



Kolejną fantastyczną wiadomością było to, że lokalna perfumeria Lulua zdecydowała się wspomóc moje działania idące w kierunku zwiększenia zainteresowania perfumiarstwem na południu Polski. Uatrakcyjniła warsztaty udostępniając do powąchania topowe perfumy ze swojego portfolio, jak również ufundowała atrakcyjne nagrody dla uczestników.

  
Losowanie nagród głównych:



Warsztaty odbyły się 13 stycznia 2018 r. i trwały łącznie około pięć godzin. Wykład w całości poprowadziła Klaudia. Opowiadała o perfumach w wyjątkowy sposób- przekazywała podstawową wiedzę o perfumach przeplatając ją wieloma ciekawymi i zabawnymi anegdotami. Wiele czasu poświęciła prezentowaniu poszczególnych grup zapachowych, posiłkując się przy tym perfumami udostępnionymi przez perfumerię Lulua. Dzięki temu uczestnicy mogli nie tylko usłyszeć o danych zapachach, ale również je poczuć. 


Po wystąpieniu Klaudii przyszła pora na bardzo wyczekiwany moment programu- losowanie nagród. Do wygrania było kilka bonów upominkowych do perfumerii Lulua, jak również zestawy sampli perfum niszowych ufundowane przez ich dystrybutora- firmę Avemi. Manager Lulua dodatkowo zadbała o uczestników pakując zestawy prezentów w fajne  firmowe eko-plecaki z logo perfumerii oraz dokładając do zestawów atomizery. Asystent Klaudii przekazał jako nagrodę również atomizer przywieziony prosto z Francji. Jakby tego było mało, po zamknięciu wydarzenia wszyscy uczestnicy mogli zgłosić się po odbiór próbek perfum, które spodobały im się najbardziej podczas prezentacji na wykładzie.







Warsztaty się zakończyły, nie przeszkodziło to jednak nikomu kontynuować zabawy. Na nieoficjalnym after-party pojawiło się zdecydowanie więcej osób, niż przypuszczałem ;). Popijając świetne piwa kraftowe uczestnicy wymieniali się wrażeniami i urządzili mini-kiermasz zapachów. Testowanie perfum szło nam tak dobrze, że obsługa baru przestała wyczuwać aromaty sprzedawanych browarów.


Sukces warsztatów mocno przerósł moje oczekiwania. Okazało się, że zapotrzebowanie na tego typu eventy jest większe, niż sądziłem. Lista uczestników zapełniała się błyskawicznie, o wydarzeniu dowiedziały się lokalne media, a zadowolenie uczestników obserwowałem nie tylko na portalach społecznościowych, ale również osobiście.  



Kończąc relację, chciałbym podziękować wszystkim, którzy przyczynili się do realizacji warsztatów:

Klaudia Heintze- dziękuję za przygotowanie i poprowadzenie rewelacyjnego wykładu;

Właściciel i Manager perfumerii Lulua- za całokształt współpracy, rewelacyjne zaplecze materialne i nagrody;

Avemi- za ufundowanie świetnych upominków dla uczestników.

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Zoologist- Camel

Niewątpliwie jednym z bardziej oczekiwanych przeze mnie zapachów ubiegłego roku były perfumy Zoologist- Camel. Mam pewien sentyment do brandu Zoologist i mimo tego, iż spora część portfolio jest skrajnie niszowa i nie odpowiada mi, to zawsze bardzo kibicuję jego kolejnym premierom. Camela miałem okazję poznać w perfumerii Lulua przy okazji wprowadzenia do sprzedaży Zoologist- Dragonfly. Dostałem możliwość przedpremierowego zapoznania się z Camelem, którego próbkę dołączono do dostawy Ważki. Po zaaplikowaniu Wielbłąda na skórę oczarował mnie on swoją orientalną wonią. Warto zaznaczyć, że twórcą zapachu jest Christian Carbonnel, który znany jest z tworzenia szlachetnych, utrzymanych w bliskowschodnim klimacie kompozycji (zmienił on również podstawową formułę Zoologist- Panda).  Wiedząc powyższe czułem, że zapach ten będzie jednym z lepszych przedstawicieli tej marki (i do tej pory tak uważam). W moim rankingu perfum Zoologist usytuowałbym Wielbłąda na drugim miejscu, pomiędzy Bobrem a Nietoperzem.

Jak to bywa w przypadku pachnideł Zoologist, otwarcie kompozycji nie należy do najprzyjemniejszych. W nutach głowy bez wątpienia da się wyczuć olibanum, które w połączeniu z różą i suszonymi owocami tworzą akord bardzo żywiczny, a może nawet drewniany. Zapach ten przypomina mi nieco aromat mleczka do konserwacji drewnianych podłóg. Nie zrozumcie mnie źle, ale dla mnie pachnie to dobrze. Wiem jednak z doświadczenia, że nie każdemu przypadają do gustu pierwsze minuty Camela na skórze :). W kolejnej fazie rozwoju Wielbłąda żywiczno-drewniany akord wycisza się i na pierwszy plan wychodzą suszone owoce otulone delikatnie dymnymI kadzidłem, mirrą, a także ambrą. Dominacja wspomnianych składników nut serca jest na tyle bezpardonowa, że ciężko jest wyczuć pozostałe zwymienione w składzie. Trzeba jednak przyznać, że w tej kompozycji ogólnie jest aż gęsto od składników. W przejściu pomiędzy nutami serca a bazą zapachu zaczyna dominować jeden z moich ulubionych składników- cybet. Nie wybrzmiewa on zbyt wulgarnie i idealnie wplata się w całość kompozycji, dodając jej nieco animalności. W bazie Camel staje się bardziej bliskoskórny i zostaje zdominowany przez drewniane nuty. Kompozycja wówczas przekształca się w kadzidlano-drewniano-suchą woń, tym samym podkreślając swój orientalny klimat. Powiedziałbym, że ostatnia faza rozwoju Wielbłąda jest tak sucha, jak podłoże po którym to zwierzę na co dzień chodzi...

Dla miłośników orientalnych klimatów, perfumy te są obowiązkową pozycją do przetestowania. W żadnym wypadku nie odstają one poziomem od topowych znanych mi orientalnych niszowych woni. Na tle Zoologistów powstałych w 2014 roku Camel jest zdecydowanie łatwiejszy w odbiorze (co stanowi zarazem jego atut). W moim odczuciu idealnie spisuje się w jesienno-zimowej aurze, otulając nosiciela swoim owocowo-kadzilano-drewnianym obliczem. Dla młodego Kanadyjskiego brandu rok 2017 był bez wątpienia bardzo udany biorąc pod uwagę sukces premierowych zapachów.

Twórca kompozycji: Christian Carbonnel
 
Nuty głowy: suszone owoce, olibanum, daktyle, róża
Nuty serca: ambra, cedr, cynamon, kadzidło, jaśmin, mirra, kwiat pomarańczy
Nuty bazy: cyweta, piżmo, oud, drzewo sandałowe, bób tonka, wanilia, wetiwer

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.

czwartek, 11 stycznia 2018

Maison Francis Kurkdjian - Lumiere Noire Pour Homme

Jako miłośnik kwiatu róży w perfumach nie mogłem pozwolić sobie na ominięcie w swoich recenzjach perfum Lumiere Noire Pour Homme, które cieszą się bardzo dobrą opinią na forach internetowych oraz blogach. Dotychczas moimi ulubionymi zapachami z tej grupy były Anteaus od Chanel oraz Lyric Man od Amouage. Każdy z nich przedstawia czerwony kwiat w innym wymiarze. Antaeus w swojej piramidzie animalno-szyprowej prezentuje nam różę w nieco mrocznej, samczej odsłonie lat 80t-ych, zaś Lyric Man jest niemal przeciwieństwem Anteusa. Róża w tych perfumach gra pierwsze skrzypce i tworzy symbiozę z cytrusami oraz lekkim kadzidłem, co czyni ten zapach unikalnym. Kolejnym ciekawym, różanym zapachem w klimacie orientalnym jest Maison Francis Kurkdjian- Lumiere Noire Pour Homme, który wraz z dwoma powyższymi kompozycjami tworzy moje TOP 3 perfum z zastosowaniem różanego kwiatu.   

Po pierwszym kontakcie z perfumami Francisa wyczuwamy różę oraz paczulę. Paczula w tym wydaniu nie jest piwniczna, dodaje tylko zielono-balsamicznego akcentu. Na kolejnym etapie rozwoju wyżej wspomniany duet zostaje otulony przez orientalne, pyliste oblicze cynamonu, a powstały różany akord wybrzmiewa nieco metalicznie. Moim ulubionym momentem w delikatnej ewolucji tych perfum jest wyłonienie się parę minut po aplikacji nuty kminku. Powoduje ona, że kompozycja zmierza zdecydowanie w orientalną stronę, zmiękczając metaliczny akord i  przekształcając go w nieco bardziej pudrowy. Mieszanka powyższych nut kreuje nam coś nowego, coś czemu nie sposób się oprzeć- coś naprawdę męskiego. Interpretacja różanych perfum Francisa w postaci Lumiere Noire pokazuje nam, że możliwe jest wykreowanie innowacyjnej kompozycji z wykorzystaniem kwiatu, którego od stuleci używano w perfumach. Lumiere Noire w żadnym wypadku nie jest plagiatowaną i nudną kompozycją, jak znane nam już mieszanki wszelakich oudów z różą  (posiadające 100 swoich odpowiedników).

Maison Francis Kurkdjian- Lumiere Noire Pour Homme to bardzo udana nowoczesna odsłona różanych męskich perfum. Pod względem parametrów, przegrywają one ze wspomnianymi w pierwszym akapicie Amouage- Lyric Man, co nie zmienia jednak, że warto je posiadać chociażby dla unikalnej kompozycji. Nienachalna i bliskoskórna projekcja w tym wypadku może się okazać atutem, który pozwala na używanie zapachu przez okrągły rok. Perfumy te świetnie podkreślą oficjalny strój, ocieplą atmosferę podczas spotkań towarzyskich i na pewno zwrócą uwagę stosując je do pracy. 

Twórca kompozycji: Francis Kurkdjian
Skład: róża, paczula, bylica, kmin, cynamon

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.


niedziela, 7 stycznia 2018

Dunhill - Icon Absolute

W 2015 roku marka Dunhill zawiadomiła, że pod ich nazwą powstanie nowa linia zapachowa, która będzie prezentować sobą wyższy poziom jakości niż dotychczas. Ciężko się nie zgodzić, że założenie było prawdziwe, ponieważ gdy protoplasta rodziny Icon (Dunhill Icon) ujrzał światło dzienne, okazał się jednym z bestellerów w segmencie perfum selektywnych i był wychwalany w sieci przez większość bloggerów i recenzentów. Nikt się nie spodziewał, że w tym samym roku, rodzina Icon zostanie poszerzona również o pierwszy flanker w postaci agarowo-orientalnej woni. Mowa tu oczywiście o Dunhillu- Icon Absolute, którego miałem przyjemność poznać tuż po jego premierze. Oczarował mnie on na tyle, że bez większego zawahania kupiłem flakon 50 ml, który służy mi aż do dzisiaj.

Pierwsze skojarzenie jakie przyszło mi na myśl po powąchaniu Icon Absolute to nawiązanie do kompozycji Toma Forda- Oud Wood. Wówczas nie znałem składu perfum Dunhilla, jednak nie dało się ukryć, że w tej kompozycji agar gra pierwsze skrzypce. Icon Absolute jest bardziej suchy, wytrawny, pylisty i pieprzny niż Oud Wood, który jest mocniej nasycony i zawarte w nim składniki nie dają odczucia suszy (jak to się dzieje w przypadku Dunhilla). W górnych nutach Icon Absolute znajdują się bergamotka i czarny pieprz. W moim odczuciu pieprz jest wyczuwalny nieustannie i zdecydowanie dominuje cytrusową nutę, która zostawia po sobie delikatny akcent zaraz po aplikacji. W nutach serca najbardziej pachnącym składnikiem jest szafran, który w duecie z pieprzem kreuje suchy, pylisty akcent. Łączy się on z nutami bazy, w której bez wątpienia najgłośniej wybrzmiewa oud (drzewo agarowe). Podobne połączenie wytrawnych, suchych składników można również wyczuć w kompozycji Versace- Oud Noir oraz (nieco mniej) w Versace- Man. Skupiając się jednak na Dunhillu, trzeba wspomnieć o tym, że kompozycja ta jest raczej linearna i po wyciszeniu się mocno pieprznego otwarcia, zapach już nie ewoluuje. Nie zmienia to faktu, że Dunhill- Icon Absolute to świetne męskie oudowe pachnidło wydane w przepięknym flakonie.

Według  wielu opinii znalezionych w internecie pierwszy flanker rodziny Icon odbiega znacząco od swojego protoplasty. Osobiście nie zgadzam się z tym. Lubię klasycznego Icona i cieszy mnie ogromnie jego zasłużony sukces, uważam jednak, że Icon Absolute nie miał możliwości się wybić na rynku ze względu na jego przesycenie udanymi kompozycjami agarowymi. Gdyby kilka lat wcześniej zapach ten zapoczątkował przygodę perfumiarstwa z agarem, odniósłby o wiele większy sukces. Obecnie rodzina Icon liczy już cztery zapachy i niestety nie miałem okazji zapoznać się bliżej z dwoma kolejnymi flankierami. Jeżeli jednak są one wykonane w podobny sposób jak protoplasta i oudowy brat, spodziewam się, że miło mnie zaskoczą. 

Twórca kompozycji: brak danych

nuty głowy: bergamotka, czarny pieprz,
nuty serca: szafran, czarna róża, jaśmin
nuty bazy: oud, liść tytoniu, skóra

Zdjęcie 1 do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.

sobota, 6 stycznia 2018

Bond No 9 - Chez Bond

W ubiegłym roku podczas wyprzedaży w perfumerii Quality pokusiłem się o zakup Chez Bonda. Tak się składało, że przy zakupie dwóch sztuk, cenę redukowano o 50%. Rzadko kiedy można w Polsce spotkać przeceny tego typu dla perfum niszowych, dlatego chciałem wykorzystać okazję i zapoznać się z jakimś nowym brandem. Po kilku rozmowach z kolegą z perfuforum postanowiliśmy wspólnie kupić dwie sztuki Bondów w ciemno i podzielić się ze sobą kosztami po równo. Z mojej strony nie był to tak do końca "blind buy", ponieważ kiedyś byłem w posiadaniu małego sampla tych perfum. Nie pamiętałem do końca jak one pachną, jednak miałem w głowie pewien zarys czego mogłem się po nich spodziewać. Wiedziałem również o tym, że w pewnym stopniu Chez Bond ma przypominać takie zapachy jak Creed- Green Irish Tweed oraz Davidoff- Cool Water. Gdyby nie podobieństwo Bonda do dwóch wspomnianych wyżej kultowych perfum, najprawdopodobniej nigdy by się u mnie nie znalazł.

Po zaaplikowaniu Bonda na skórę od razu nasuwają się skojarzenia, że zapach ten będzie kopią Green Irish Tweeda. W moim odczuciu efekt podobieństwa jest tylko chwilowy, bowiem perfumy Creeda wybrzmiewają bardziej surowo, zielono i linearnie. Podobieństwo obu zapachów powstaje wskutek zmieszania się zielonych nut z fiołkiem oraz cytrusami. Wspomniane połączenie nut górnych oraz serca kompozycji tworzy akord "morskiej świeżości", który najbardziej rozpoznawalny jest w Cool Water. Na tym etapie chciałem zaznaczyć, że podobieństwo Chez Bonda do perfum Creeda i Davidoffa jest spore i jest nie do podważenia. Ciężko jest jednostronnie wypowiedzieć się, który zapach jest bardziej podobny do drugiego. Zasadniczą różnicą jest to, że perfumy Bonda w bardzo przyjemny sposób ewoluują. W dolnych nutach tej kompozycji występują takie składniki jak drzewo sandałowe, cedrowe i wetyweria. Bez większego problemu można wyczuć je po dłuższym czasie od aplikacji. Wtedy zanika "morska świeżość" i zapach powoli staje się drzewno-herbacianą wonią. W moim odczuciu otwarcie kompozycji wydaje się być bardziej oryginalne niż baza, mimo tego w obu fazach zapach pachnie przyjemnie. Kolejnym atutem Bonda są jego parametry, które w moim przypadku pozwalają cieszyć się zapachem przez około 10 godzin przy projekcji nienarzucającej się otoczeniu.
  
Bond No 9- Chez Bond wypada całkiem nieźle i wybrzmiewa mniej syntetycznie od perfum Davidoffa, jednak jego cena w oficjalnej dystrybucji nie jest adekwatna do towaru, który otrzymujemy (680 zł za 100 ml). W tym przedziale cenowym można kupić takie perfumy, że mówiąc kolokwialnie szczęka opada z wrażenia. Dlatego jeżeli nie trafimy na taką promocję, na jaką ja trafiłem lub nie znajdziemy tych perfum w perfumerii internetowej, to zdecydowanie odradzam ich zakup.
Obecna wersja Davidoffa- Cool Water to jedynie uboga wersja zapachu,  który znany z czasów zanim brand został wykupiony przez firmę Coty. Nie ulega wątpliwości, że parę lat temu Cool Water wydawał się być najlepszą alternatywą dla Creeda i Bonda zarówno pod względem finansowym i kompozycyjnym. Patrząc jednak przez pryzmat reformulacji, szkoda byłoby mi wydawać obecnie na niego pieniądze.
Wśród wyżej wymienionych trzech zapachów król może być tylko jeden i jeżeli mamy możliwość zainwestować w Creed - Green Irish Tweed, będzie to najlepszy, a zarazem najdroższy wybór (775 zł za 100 ml w oficjalnej dystrybucji). Perfumy te są najbardziej naturalne w odbiorze i nie czuć w nich żadnych syntetycznych składników. Jedynym ich minusem poza ceną jest to, że zapach ten w zasadzie pachnie cały czas tak samo.

Twórca kompozycji: brak danych.

Nuty głowy: nuty cytrusowe
Nuty serca: herbata, nuty zielone, liść fiołka
Nuty Bazy: drzewo sandałowe, drzewo cedrowe, wetyweria

Zdjęcie 1 do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.

Kilian - Taste of Heaven Absinthe Verte

Pierwszy poważniejszy kontakt z marką Kilian miałem w ubiegłym roku przed świętami Bożego Narodzenia, kiedy szukałem dla siebie prezentu pod choinkę. Finalnie postanowiłem kupić Taste of Heaven Absinthe Verte. Czytałem o nim dużo recenzji, np., że jest bardziej doszlifowaną wersją perfum Carona- Pour Un Homme de Caron (którą darzę ogromnym sentymentem). Ciężko się nie zgodzić z podobieństwem obu zapachów, natomiast trzeba to podkreślić, że Kilian jest o wiele bogatszą i lepszą jakościowo kompozycją. Dziwi mnie jednak fakt, że na forach oraz blogach perfumowych Kilian- Taste of Heaven Absinthe Verte są tak niedoceniane oraz "hejtowane". Według mnie tylko jedno kryterium w ocenie tych perfum działa na ich niekorzyść- stosunek ceny do jakości, ale o tym wypowiem się pod koniec wpisu.

W nutach głowy znajduje się bergamotka. Według mnie daje ona o sobie bardzo delikatnie znać w trakcie chaosu powstającego wskutek przebijania się nut serca (lawendy i piołunu). W porównaniu do Carona otwarcie nie jest takie wytrawne, surowe i monotematyczne. Kilian pod tym względem jest bardziej przyjazny, bogatszy w dodatkowe składniki, natomiast jego inicjacja nie jest dedykowana tylko i wyłącznie lawendzie. Cechą wspólną obu kompozycji jest to, że tuż po aplikacji nie są one tak przyjemne, jak w bazie i przywodzą na myśl skojarzenia z lekami takimi jak krople żołądkowe. Na szczęście efekt ten trwa dość krótko i po chwili możemy rozkoszować się rozwinięciem tych kompozycji. Mimo tego, że perfumy Kilian zawierają frazę  Absinthe Verte nie oznacza to wcale, że piołun będzie tutaj dominującym składnikiem (jak np. w perfumach Amouage- Memoir). Składnik ten zaznacza swoją obecność w środkowych nutach, łączy się z lawendą i tworzy z nią gorzki duet. Pozostałe składniki nut serca delikatnie otulają sobą wyżej wspomnianą parę, przygotowując ją do przejścia w dolne nuty, które osładzają całą kompozycję. W bazie Taste of Heaven Absinthe Verte najważniejszą rolę odgrywa wanilia (tak jak w przypadku kompozycji Carona). Na tym etapie możemy poczuć harmonię pomiędzy nutami gorzkimi i słodkimi. Perfumy stają się bliskoskórne i najbardziej wyczuwalnymi składnikami są lawenda, piołun, wanilia i bób tonka. W końcowej fazie Kilian zmienia swoje oblicze w nieco bardziej drzewne za sprawą paczuli oraz mchu dębowego.

Kilian - Taste of Heaven Absinthe Verte jest naprawdę udaną kompozycją wyróżniającą się na tle innych perfum niszowych oraz selektywnych. Na pewno nie powstałyby one, gdyby nie inspiracja kompozycją Carona z 1934 roku. Kiedy rozpakowywałem moją świąteczną paczkę Taste of Heaven Absinthe Verte zrobiło na mnie duże wrażenie. Okazało się, że perfumy te leżakowały w pięknej, czarnej szkatułce zamykanej na klucz!

Po wyciągnięciu z niej flakonu zauważyłem, że atomizer w tych perfumach jest odkręcany, co oznacza, że w przyszłości możemy go uzupełnić kupując wkład. To by było na tyle z superlatywów związanych z Kilianem, ponieważ muszę napisać parę słów o jego cenie... Flakon 50 ml wyniesie nas około 820 zł, co według mnie jest dużo( za dużo, jak na zawartość flakonu, którą oceniam jako dobrą +). W tym przedziale cenowym w zaufanych sklepach internetowych możemy kupić czołowe pozycje takich marek jak Amouage, Jovoy czy Creed. Jest to ogromny minus tych perfum i patrząc przez pryzmat ceny do jakości wypadają one blado na tle konkurencji. Jeżeli możecie sobie pozwolić na większy wydatek, uważam, że warto zaopatrzyć się w ten flakon. Natomiast jeżeli chcemy pachnieć podobnie i nie przepłacić polecam raczej Carona- Pour Un Homme de Caron, który kosztuje ok. 130 zł za 125 ml.

Twórca kompozycji: Calice Becker 
Nuty głowy: bergamotka
Nuty serca: absynt, lawenda, geranium, róża, kwiat pomarańczy
Nuty bazy: wanilia, bób tonka, kostowiec, paczula, mech dębowy 

Zdjęcie 1 do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.
Zdjęcie 2 do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.perfumeriaquality.pl.

środa, 3 stycznia 2018

Ramon Monegal - Ambra di Luna

Pierwszy kontakt z marką Ramon Monegal miałem w tym roku, podczas moich wakacji w Hiszpanii. Pewnego ciepłego dnia wybraliśmy się z żoną na wycieczkę do Barcelony, na której zaplanowane mieliśmy między innymi odwiedzenie kilku perfumerii niszowych. Nie licząc jednej sporej galerii handlowej oraz butiku Diora, byliśmy również w perfumerii Regia. Postanowiłem, że to właśnie tam poszukam dla siebie prezentu z wakacji. Po dokładnej analizie swojej kolekcji perfum zauważyłem, że nie posiadam jeszcze żadnego zapachu z dominującą nutą ambry. Zdecydowałem, że wzbogacę swój zbiór (jak już pewnie się domyślacie) o Ramona Monegala- Ambra di Luna. Nie mogłem sobie wymarzyć lepszego prezentu; trafił do mnie produkt pochodzący z Hiszpanii, powiązany z moim hobby i do tego naprawdę świetnie pachnący!

Najbardziej traumatycznym doświadczeniem dla wielu osób okaże się pierwszy kontakt perfum ze skórą (zapach jest wtedy bardzo animalny). W górnych nutach dominuje labdanum nadające gęste, chłodno-kadzidlane oblicze, przebijając się na zmianę z kastoreum. "Bobrza woń" co prawda nie jest tak bardzo brudna, fizjologiczna, jak w innych kompozycjach z dawnych lat, jednak od samego początku daje o sobie wyraźnie znać. Wspomniany pojedynek dwóch górnych nut podpowiada nam, że perfumy te będą bardziej animalne, niż w rzeczywistości. Okazuje się bowiem, że z technicznego punktu widzenia Ambra di Luna ewoluuje jak na perfumy niszowe przystało i płynnie zmienia swoje trudne, animalne oblicze na słodko-ciepło-ambrowe. W bazie perfumy stają się bardziej okrzesane. Labdanum i kastoreum wyciszają się, dając tylko lekko o sobie znać, a osłodzona przez wanilię ambra wysuwa się na pierwszy plan i z czasem tworzy zgrany duet z drzewem sandałowym. Na tym etapie zapach stopniowo staje się bliskoskórny i wybrzmiewa balsamiczno-drzewno-ambrową wonią.

Ambra di Luna jest ciekawym wyborem na chłodne pory roku. Szczególnie przypadnie do gustu miłośnikom woni animalnych. Ambra sama w sobie jest klasyfikowana jako nuta animalna, co więcej kastoreum z labdanum wyłaniające się w otwarciu, efektywnie podkreślają drapieżność tych perfum. Flakonik również rzuca się w oczy i potrafi wzbudzić zainteresowanie. Prawdę mówiąc, to właśnie on przyciągnął moją uwagę w perfumerii Regia, a dopiero w drugiej kolejności zainteresowałem się jego zawartością. Jako minus na pewno trzeba wymienić tutaj cenę perfum, ponieważ kosztują ok. 600 zł za 50 ml. W porównaniu do podobnych perfum Serge Lutens- Ambre Sultan w tej cenie możemy zaopatrzyć się w aż trzy flakony tego świetnego, ambrowego zapachu.

Twórca kompozycji: brak danych
Skład: egipski jaśmin, wanilia, kastoreum, labdanum, drzewo sandałowe, ambra

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.

poniedziałek, 1 stycznia 2018

Joop! - Femme

Joop!- Femme to najprawdopodobniej moje ulubione damskie perfumy. Poznałem je nieco przez przypadek, podczas szukania prezentu dla mojej żony. Szwendając się po galerii handlowej odwiedziłem drogerię Rossmann, w której znajdował się wyżej wspomniany Joop!. Zakup ten nie należał do najłatwiejszych, ponieważ jak zapewne już wiecie, w Rossmannie nie ma testerów do większości oferowanych produktów... Wyposażony wówczas w telefon z dostępem do internetu postanowiłem odwiedzić fragrantica.pl oraz kilka damskich for internetowych o tematyce perfumiarskiej. Po przeczytaniu wielu pozytywnych opinii (negatywnych również było sporo), odważyłem się zrobić "blind buy". Po dotarciu do domu i przetestowaniu zapachu przez moją lubą, nie widziałem takiego zachwytu jakiego się spodziewałem :D. Joop!- Femme okazał się trudną w odbiorze kompozycją, osadzoną w latach 80-tych. Od pierwszego kontaktu z tymi perfumami, patrzyłem się na nie nieco bardziej łaskawie, niż moja połówka, która używała wówczas zapachów o wiele łatwiejszych w odbiorze od bohatera wpisu. Dodam też, że im dłużej moja żona używała Joopa (ze względu na mnie), tym bardziej się do niego przekonywała. Co więcej, woń ta okazała się najbardziej komplementogenną damską pozycją z jej arsenału (osobiście mnie to nie dziwi).

Kompozycję tę należy sklasyfikować jako orientalną w klimatach retro. Dla wielu młodych osób zapach ten obecnie jest nie do zaakceptowania za sprawą specyficznego, trudnego, szorstkiego otwarcia, w którym dominują aldehydy. Łączą się one z kwiatowymi nutami serca i ogromną dawką cywetu, przybierając nieco duszącą formę. Jako fan nut animalnych chciałem wtrącić, że cyweta w Joop!- Femme w żadnym wypadku nie przybiera formy fekalnej. Wiele osób przekreśla te perfumy ze względu na chaos panujący tuż po ich aplikacji na skórę. Osobiście uważam, że jest to duży błąd, ponieważ zapach ten niebywale zyskuje z czasem. W bazie Joop!- Femme jest bardzo ciepłą wonią, nuty serca przeplatają się z waniliowo-ambrową słodyczą i w moim odczuciu na pierwszym planie dominuje pięknie pachnący jaśmin. Warto podkreślić, że perfumy te posiadają jak na czasy obecne nieprzeciętne parametry oraz projekcję.

Sam do końca nie umiem powiedzieć czemu akurat Joop!- Femme przypadł mi do gustu przy tak wielkim wyborze damskich perfum. W mojej ocenie posiada w sobie pewną głębię, której pozbawione są obecnie kobiece perfumy. Czuć tutaj w pewien sposób radość, kobiecość, a nawet pokusiłbym się o stwierdzenie, że są one seksualne. Przy odpowiednim dozowaniu ich  Joop!- Femme może być zapachem całorocznym, trzeba jednak mieć na uwadze to, że powstały przed 1990 rokiem i mają naprawdę potężne parametry użytkowe. Kolejnym ważnym atutem tych perfum jest ich cena, która nie przekracza 100zł. Jedynym minusem jaki zauważyłem jest kształt ich flakonu, który mógłby być nieco bardziej zmysłowy (jak ciecz, która się w nim znajduje); moja żona mówi o nim "słoik" ;).

Twórca kompozycji: Michel Almairac
Nuty głowy: cytryna, bergamotka, aldehydy, nuty owocowe, kolendra
Nuty serca: jaśmin, róża, konwalia, kwiat pomarańczy  
Nuty bazy: cyweta, drzewo sandałowe, fasola tonka, bursztyn, paczuli, wanilia, piżmo, mech, cedr

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.

Franck Boclet- Tobacco