środa, 28 lutego 2018

Caron- Le 3' Homme de Caron


Dzięki uprzejmości kolegi z perfuforum.pl w ubiegłym tygodniu miałem okazję zapoznać się z kilkoma poszukiwanymi przeze mnie retro zapachami. Jednym z nich jest bohater dzisiejszego wpisu Le 3' Homme de Caron francuskiej firmy Caron. Odkąd bliżej się zapoznałem z dwoma pierwszymi kompozycjami tej marki (Pour Un Homme de Caron oraz Yatagan), zawsze podchodzę do propozycji  tego brandu z wielką przyjemnością. Bohater dzisiejszej notki jest trzecim męskim zapachem Caron (wydanym w 1985 r.) i uwiódł mnie swoją kompozycją już od pierwszego psiknięcia. Dzisiaj zaaplikowałem go na siebie już drugi dzień z rzędu, ponieważ odzwierciedla on dokładnie taki klimat, jaki lubię w perfumach najbardziej. Według portalu Fragrantica.pl perfumy te są klasyfikowane jako drzewno-aromatyczne, a ja tym razem zgadzam się z opinią portalu w 100%-ach.

W górnych nutach Le 3' Homme de Caron znajdują się cytrusy (bergamotka, cytryna oraz mandarynka), które uwalniają swoje świeże oblicze, począwszy od wytrawnego hesperydowego akordu, a kończąc na mandarynce, nadającej im delikatnej słodyczy. Na tym etapie kompozycja może skojarzyć się z takimi perfumami jak  Rochas- Eau de Rochas Homme lub Chanel- Pour Monsieur. Nuty serca otwierają się aromatem suchej lawendy i kolendry. Następnie łączą się ze słodkimi goździkami, które dominują kompozycję i rozwijają się na delikatnie cytrusowym tle. Na tym etapie podobieństwo do wymienionych wyżej cytrusowych perfum zanika i nos podpowiada mi, że zapach zmierza w stronę perfum Karl Lagrefeld- Lagerfeld Classic. Nie jest to podobieństwo w skali 1:1, ale faktycznie chwilami Caron nawiązuje do bazy tej drzewno-orientalnej woni. Gdy cytrusy są już niemal niewyczuwalne, a nuty środkowe łączą się z bazą, perfumy stają się bardziej drzewne i szorstkie (dzieje się tak za sprawą mchu dębowego oraz wetywerii). Rozwijają się na lawendowo-goździkowym tle, tym samym podkreślając swój męski charakter.

Na podstawie zapachu bez trudu można wskazać przedział czasowy, w którym powstały Le 3' Homme de Caron, bowiem perfum o takim charakterze obecnie się już nie produkuje. Zapach nie wybrzmiewa sztucznie, co więcej nie został wysłodzony syntetycznymi składnikami. Każdy (nawet przeciętny) nos będzie w stanie wyczuć trzy fazy ewolucji tych perfum, ponieważ w porównaniu do wielu innych rynkowych kompozycji, zmieniają się w spektakularny sposób. Czuć w nich płynne przejście pomiędzy nutami głowy, serca oraz  bazy, co według mnie jest ich ogromnym atutem. Kolejnym czynnikiem, który działa na korzyść  Le 3' Homme de Caron jest ich cena, która nie przekracza 150 zł za flakon 125 ml (w perfumeriach internetowych). Jeżeli chodzi o parametry, również są na dobrym poziomie, a zapach wytrzymuje na skórze "dniówkę" w pracy. Jeżeli zatem poszukujecie olfaktorycznych wyzwań oraz inspiracji na chłodne dni, polecam sięgnąć po te perfumy.

Twórca kompozycji: brak danych

Nuty głowy: bergamotka, cytryna, mandarynka
Nuty serca: lawenda, goździki, kolendra
Nuty bazy: wetyweria, mech dębowy

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.



niedziela, 25 lutego 2018

Geo. F Trumper- Eucris

Marka Geo. F Trumper powstała pod koniec XIX w. w Londynie i znana jest przede wszystkim ze swojej oferty produktów przeznaczonych dla mężczyzn (w tym akcesoriów do klasycznego golenia, produktów higieny osobistej oraz wód kolońskich i toaletowych). Jedną z bardziej rozpoznawalnych pozycji  jest woda toaletowa Eucris, którą rozsławił między innymi na ekranach telewizyjnych James Bond. W filmie "W służbie jej Królewskiej Mości" pojawił się flakon tych perfum w momencie, kiedy bohater filmu odwiedza w Marsylii Marca-Ange Draco, szefa przestępczego syndykatu. 
Ja Eucrisa poznałem zaledwie rok temu w krakowskiej perfumerii Lulua, kiedy poszukiwałem do swojej kolekcji retro zapachów. Bardzo byłem zdziwiony gdy menanger sklepu poinformowała mnie, że wspomniany wyżej zapach powstał w 1912 r., bowiem bliżej mu do znanych mi kompozycji z końca lat 70-tych.

Po zaaplikowaniu perfum na skórę wydobywa się z nich prawdziwe bogactwo zapachowe. W nutach głowy znajdują się pieprz, aromatyczna kolendra oraz kminek. Na tym etapie można by się spodziewać, że woń Eucrisa obierze kierunek orientu, jednak w moim odczuciu bliżej mu jest do szypru. Kiedy zapach przechodzi do kolejnej fazy rozwoju, nuty głowy łączą się z cierpką i kwaśną czarną porzeczką, a powstały akord rozwija się na konwaliowo-jaśminowym tle, nadając kompozycji delikatnej kwiatowej słodyczy. W bazie zapach nabiera drzewnego charakteru, który jest mocno podkreślony przez szorstko-kwaśny mech dębowy (to właśnie ten składnik połączony z jaśminem w mojej ocenie wpływa na to, że Eucris przypomina mi zapachy szyprowe dawnych lat). Kiedy kompozycja delikatnie się wycisza, cierpkie nuty dopuszczają do głosu piżmo, delikatnie osładzając drzewną bazę i podkreślając klasyczny szkielet kompozycji.   

Nie sposób odmówić Eucrisowi klasy. Czuć, że kompozycja ta powstała z zamysłem podkreślenia stylu eleganckiego mężczyzny w garniturze. Nie są to perfumy do noszenia na co dzień dla młodych chłopców. Dedykowałbym je raczej dojrzałym, poważnym mężczyznom. Kompozycja sama w sobie jest przyjemna, ale czegoś mi jednak w niej brakuje. W moim odczuciu, aby stworzyć ideał, przydałby się jeszcze jakiś akord animalny lub skórzany, który dodałby nieco więcej charakteru pozostałym nutom. Patrząc jednak na to, w którym roku powstał Eucris nie ma się co dziwić, że jest on dość ułożony i bardziej przypomina wodę kolońską na sterydach, niż animalny szypr. Sam fakt, że Eucris jest już ponad 100 lat na rynku i cieszy się nadal ogromną popularnością wśród mężczyzn, świadczy o tym, że te perfumy są po prostu dobre. Szczególnie polecam przetestować je fanom Jamesa Bonda- naprawdę można wczuć się w klimat!

Twórca kompozycji: brak danych

Nuty głowy: pieprz, kolendra, kminek
Nuty serca: czarne porzeczki, jaśmin, konwalia, gałka muszkatołowa
Nuty bazy: piżmo, nuty drzewne, mech dębowy

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.

czwartek, 22 lutego 2018

Chanel- Antaeus

Dzisiaj przyszła pora na opisanie jednego z moich ulubionych męskich zapachów ze stajni Chanel. Powodem dla którego opisuję Antaeusa jest to, że na przełomie ostatnich tygodni często sięgam po tę magiczną woń. Twórcą perfum jest sam Jacques Polge- nos pracujący dla firmy Chanel od 1978 r. Antaeus jest drugim z kolei zapachem przeznaczonym dla mężczyzn, który można znaleźć w portfolio tej firmy (pierwszym jest szyprowy pour Monsieur z 1955 r.). Antaeus zadebiutował na rynku w 1981 r.  Zastanawia mnie czasem, czy nie jest on przypadkiem odpowiedzią firmy Chanel na perfumy Yves Saint Laurent- Kouros (wydane w tym samym roku). Wspomniany Kouros odniósł ogromny sukces na rynku i klasyfikuje się go, podobnie jak Antaeusa, jako zapach szyprowy (co prawda w nieco innym stylu, ale jednak). Przypadek? Nie sądzę.

Na samym początku należy zaznaczyć, iż Antaeus jest gęstą, tajemniczą i nieco mroczną wonią. Tuż po zaaplikowaniu go na skórę czuć dominujący animalny składnik- kasotreum, a także towarzyszący mu skórzany akord (niewymieniony w składzie na wielu portalach perfumeryjnych). Co prawda kastoreum jest nutą występującą w bazie, jednak już od otwarcia hucznie daje o sobie znać (tak jak lubię!). Jak to bywa w przypadku zapachów szyprowych, w pierwszych chwilach po aplikacji, można wyczuć cytrusy, które w tej kompozycji zostały wzbogacone o kolendrę, lekko kadzidlaną, balsamiczną mirrę oraz wytrwano-kwaśną szałwię muszkatołową. Po parunastu minutach perfumy utleniają się  i uwalniają nuty serca, spośród których dominują jaśmin oraz róża. Tworzą one swoisty rodzaj harmonii, równoważąc animalno-skórzany i kwaśno-drzewny akord. Na kolejnym, a zarazem ostatnim etapie rozwoju Antaeusa, wyłania się szorstko-kwaśny aromat mchu dębowego, podbity stęchłą paczulą oraz drzewno-kadzidlanym labdanum. Wszystkie opisane wyżej nuty nieustannie wybrzmiewają na tle kastoreum, co powoduje, że Antaeus wraz z rozwojem zapachu nabiera mocy i staje się animalną bestią (niepasującą zbytnio do obecnych kanonów zapachowych).

Oceniając obiektywnie ten zapach stwierdzam, że nie pasuje on do wizerunku młodej osoby, a podobne mu kompozycje już dawno zrobiły się passé. Epoka "power horse" już dawno minęła i każdy kto obecnie używa podobnego gabarytowo zapachu w miejscu publicznym raczej nie ma co liczyć na komplementy. Według mnie, aby dobrze się czuć nosząc Antaeusa trzeba spełnić jeden z dwóch warunków: trzeba być po 50-ce lub mieć dojrzałą osobowość i aparycję (nie zwracać uwagi na opinie otoczenia). Nie da się ukryć, że te perfumy są bardzo eleganckie i sklasyfikowałbym je jako wieczorowe. Jeżeli przynależymy do drugiej opisywanej przeze mnie grupy osób, możemy bez zawahania zaaplikować Antaeusa na randkę (może nie pierwszą ;) ), czy na rozmowę o pracę. Dodam od siebie, że w obu przypadkach na mojej skórze zapach zdał egzamin. Malutkim minusem, o którym trzeba wspomnieć są parametry, które w zasadzie nie są najgorsze, ale w porównaniu do konkurenta (Kourosa), za szybko się wyciszają się i stają bliskoskórne. 

Podsumowując, jeśli chcecie cofnąć się w czasie i poczuć się jak Jean-Paul Belmondo w filmie "Zawodowiec", to ten zapach jest dla was!

Twórca kompozycji: Jacques Polge

Nuty głowy: kolendra, bergamotka, cytryna, limonka, szałwia muszkatołowa, mirra
Nuty serca: jaśmin, tymianek, róża, bazylia 
Nuty bazy: labdanum, paczula, mech dębowy, kastoreum

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.


niedziela, 18 lutego 2018

Christian Dior La Collection Couturier Parfumeur- Leather Oud 2010

Ze względu na informację dotyczącą planowanej reformulacji linii ekskluzywnej Dior, postanowiłem dzisiaj opisać aktualny zapach Leather Oud (wchodzący w skład butikowej kolekcji). Od jesieni ubiegłego roku posiadam flakon wspomnianego wyżej zapachu (w podstawowej formule) i bez ogródek mogę powiedzieć, że jest to bestia zamknięta w butli. Kompozycja stworzona jest zdecydowanie dla fanów woni animalnych, bądź dla sadomasochistów. Obecnie wybrzmiewa ona skórzanie, drzewnie, animalnie, dymnie, a chwilami nawet balsamicznie (i prawdę mówiąc chciałbym, żeby tak pozostało). Według portalu fragrantica.pl wersja z 2018 r. będzie składać się tylko z czterech składników- agaru, skóry, dymu oraz piasku i ciężko jest mi uwierzyć, że po tak drastycznych zmianach w recepturze, Leather Oud wciąż będzie pachniał tak samo bogato i mrocznie.

Leather Oud od startu prezentuje gęsty miks składników. Wybrzmiewa on bardzo naturalnie. Można z niego wyodrębnić skórę z drzewem agarowym, podanym na lekko dymnym tle (powstałym wskutek wymieszania się akordu brzozy i labdanum). Powiedziałbym, że cztery powyższe nuty tworzą szkielet całej kompozycji i w zależności od faz rozwoju są wzbogacane o kolejne nuty. Tuż po aplikacji skórzano-drzewny akord wygładzony zostaje przez kardamon oraz goździki, które nie ukazują swojego orientalnego oblicza (pachną nieco sucho, pyliście i zdominowane są przez dymny akord). W nutach serca kompozycja przybiera bardzo animalną formę, bowiem ze szkieletem kompozycji łączy się szorstki cybet, który wygładza się stopniowo przez oddziaływanie na niego wosku pszczelego oraz ambry. Na tym etapie, w zależności od pogody, zapach potrafi ułożyć się na dwojaki sposób; przy dodatniej temperaturze stacje się balsamiczy, przy ujemnej (do ulotnienia) pozostaje szorstki i animalny. W ostatniej fazie Leather Oud nieco uspokaja się, mrok i dym stopniowo zanikają, a nuty animalne pozwalają się zdominować agarowo-skórzano-drzewnej bazie.

Prawdopodobnie nikt z nas nie lubi reformulacji, ponieważ rzadko kiedy przynoszą one pozytywne zmiany. Mam nadzieję, że Leather Oud mimo skromnego wykazu nut nadal pozostanie tytanem pod względem parametrów (w moim przypadku zapach utrzymuje się na skórze całą dobę) i nie straci na walorach zapachowych. W przeciwnym razie fani (w tym ja) będą musieli zaopatrywać się we flakony starszych formuł, które zapewne przybiorą horrendalne ceny. Pocieszający jest fakt, że marka Boadicea the Victorious wypuściła w 2013 r. klon Leather Oud- Mayfair. Testowałem te perfumy w perfumerii Madison w Budapeszcie i przyznam szczerze, że bez testu "ręka w rękę" nie sposób jest wyczuć różnicę pomiędzy tymi zapachami. 

Twórca kompozycji: Francois Demachy

Skład: kardamon, goździk, paczula, drzewo cedrowe, drzewo sandałowe, drzewo gwajakowe, brzoza, wetiwer, wosk pszczeli, cybet, oud, labdanum, ambra

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.

czwartek, 15 lutego 2018

Slumberhouse- Norne

Z okazji wczorajszego święta zakochanych postanowiłem napisać kilka słów na temat ulubionych perfum mojej żony. Markę Slumberhouse poznałem ubiegłego roku w krakowskiej perfumerii Lulua. Podczas odwiedzin moją uwagę przykuło kilka z widniejących na wystawie flakonów- były to New Sibet, Jeke oraz Norne. Każda z tych kompozycji okazała się być stworzona z bardzo dobrych jakościowo olejków eterycznych (aż gęsto robiło się w pomieszczeniu po zaaplikowaniu ich na blotter). Urzekły mnie także ich minimalistyczne, piękne buteleczki (obecnie cała linia Slumberhouse posiada takie, jak na zdjęciu). Zapoznawałem się z tymi kompozycjami niemal przez godzinę, aby w rezultacie zaopatrzyć się w próbki i wrócić szczęśliwy do domu. Po powrocie, podekscytowany nowym odkryciem, zaprezentowałem żonie wszystkie kupione sample od Slumberhouse, podkreślając, że zapewne flakon Norne niebawem dołączy do mojej kolekcji. Wówczas żona oznajmiła mi, że Norne będzie należał do niej, a nie do mnie i tak też się stało...:).

Zanim przejdę do opisu samego zapachu, zaprezentuję zdjęcie, które według mnie idealnie oddaje aurę i klimat opisywanych perfum.


Po aplikacji Norne na skórę przeżywamy olfaktoryczną podróż do lasu. Zamykamy oczy i przenosimy się do miejsca, w którym znajdują się świeżo ścięte pnie oraz gałęzie drzew iglastych. Spacerujemy po nieznanym terenie, rozdeptując gałęzie iglaków, które wskutek nacisku uwalniają aromatyczne soki. Zapach świeżo ściętego drzewa tworzy harmonię z bogatą wonią igieł sosnowo-jodłowych, które łączą się także z szorstkim aromatem mchu. Zostawiając za sobą mech, kierujemy się w głąb lasu, gdzie dostrzegamy bujnie rozwinięte paprocie. Cały czas podczas wędrówki towarzyszy nam iglisto-zielona, gęsta woń. Będąc pod wrażeniem tak bogatego aromatu, zapominamy, że nadchodzi zmrok, czyli pora na rozpalenie ogniska. Aby szybko zająć drewno ogniem, jako podpałki używamy ściętych iglastych gałęzi i stopniowo dokładamy grubszych, drewnianych frakcji. Z ogniska wydobywa się dym, który łączy się z wonią iglastego drewna na tle mrocznej aury lasu. O poranku czujemy słaby zapach spalonych gałęzi.
 
Niestety nadchodzi pora powrotu do domu- podążamy tą samą ścieżką, którą przybyliśmy do lasu i stajemy obok poznanych już wcześniej sągów drewna. Powalony stos drzew przez noc wypuścił soki, a kadzidlano-iglasta aura rozwinęła się na żywicznym tle. Po naszej leśnej podróży przyszła pora, aby otworzyć oczy i wrócić do domu, w którym możemy podziwiać gęsty, zielony eliksir, zamknięty w szlachetnym flakoniku.

Na świecie krąży stereotyp, że kobiety uwielbiają głównie kwiatowe i słodkie aromaty. Jak widać od każdej reguły jest jakiś wyjątek i moja luba do takiego się zalicza. Zapach Norne na jej skórze bardzo mi odpowiada, ponieważ wybrzmiewa dużo delikatniej, niż na mojej. Wyczuwalne jest więcej igieł i żywicy na lekkim kadzidlanym tle, a nie na pogorzelisku, jak to się dzieje w moim przypadku. Pod względem parametrów kompozycja ta wypada wyśmienicie i czuć ją niemal całą dobę. Wszystkim miłośnikom kadzideł i zapachu iglastego lasu z całego serca polecam te perfumy!

Twórca kompozycji: Josh Lobb

Skład: jodła, porosty, paproć, mech, cykuta, kadzidło

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.lulua.pl oraz www.zwierzetainformacje.pl

niedziela, 11 lutego 2018

Caron- Yatagan

Kilka lat temu, gdy miałem już względnie sprecyzowane ulubione nuty zapachowe w perfumach, postanowiłem poznać jak największą ilość mogących mi się spodobać kompozycji animalnych (tj. z kastoreum, cybetem i hyraceum). Selekcjonując te najbardziej w stylu retro, posiłkowałem się portalem fragrantica.pl, a następnie najciekawsze z nich poddawałem weryfikacji na forach internetowych i blogach. Jedną z takich pozycji, którą od dłuższego czasu chciałem poznać był Caron- Yatagan. Według wykazu nut powinna być to trudna, animalno-leśna kompozycja. Czy faktycznie taka jest? Nie do końca...

Kierując się nieaktualnym już spisem nut widniejącym w opisach produktu w sklepach i forach internetowych oraz na portalach powiązanych z perfumami, faktycznie można by się spodziewać, że Yatagan jest "tykającą bombą atomową" pokroju Polo, Quorum, Antaeusa, czy Kourosa. Moim zdaniem obecnie dostępna w sprzedaży formuła tego zapachu znacząco odbiega pod względem animalności, jak i parametrów od wspomnianych wyżej legendarnych kompozycji. Co więcej moje odczucia potwierdza jedna z dyskusji znajdujących się na perfuforum.pl. Pewien forumowicz posiadał wersję vintage Yatagana, którą podzielił się z innymi uczestnikami dyskusji w celu dokonania testu. Z późniejszych opisów wynika, że starsza formuła faktycznie była "cięższa gabarytowo" oraz zdecydowanie bardziej gęsta i animalna. Zdaniem porównujących obecna i wcześniejsza odsłona tych perfum nie ma ze sobą wiele wspólnego.

Zapoznawszy się z powyższymi wpisami, postanowiłem wejść na oficjalną stronę producenta i poszukać informacji na temat obecnej formuły. W opisie nut produktu widnieją tylko trzy nuty zapachowe: paczula, nuty drzewne oraz piżmo. Nic dziwnego, że po pierwszych testach najnowszego Yatagana nie czułem kastoreum (bo go nie ma), a miałem wrażenie, że wącham delikatniejszą wersję perfum Polo. Zupełnie nie dziwią mnie również istniejące w sieci opinie, że Yatagan pachnie jak posolony seler; faktycznie chwilami powstaje podobny akord, jednak na szczęście nie jest on wiodący.

Tak jak wspominałem wyżej, na mój nos Caron- Yatagan jest lżejszą wersją zapachu Polo od Ralpha Laurena, tylko pozbawioną szorstkich nut tytoniu i skóry. Kompozycja ta otwiera się na mojej skórze zapachem igliwia sosnowego wymieszanego z paczulą. W tle wyczuwam bylicę (artemisia), która podkręca zapach zieleni i dodaje lekkiej gorzkości całej mieszance. W późnej bazie zapach staje się bliskoskórny i wysładza się za sprawą piżma. Sama ewolucja tych perfum przebiega dość spokojnie, bez większych zwrotów akcji.

Bardzo lubię Yatagana za to, że pomimo wielu reformulacji, w dalszym ciągu przypomina zapachy z dawnych lat. Obecna wersja wydaje się być dopasowana do dzisiejszych czasów, ale ubolewam, że nie jest ona ani trochę animalna. Nie ukrywam, że bardzo chciałbym kiedyś poznać wersję vintage i porównać ze sobą obie formuły. Yatagan stanowi jedną z moich ulubionych woni, której używam podczas spędzania czasu wolnego na łonie natury. Nie ma on nachalnej projekcji, dlatego kiedy go noszę mogę wyczuwać zarówno otaczające mnie wówczas różne zapachy natury, jak i jego bukiet (przy delikatnych powiewach wiatru). Minusem tych perfum są ich parametry, bowiem zapach znika ze mnie po około 4 godzinach, co natomiast rekompensowane jest jego dość niską ceną.

Twórca kompozycji: Vincent Marcello

Skład: paczula, nuty drzewne, piżmo

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.

piątek, 9 lutego 2018

Nishane- Boszporusz




Dzisiejszego dnia pod lupę trafiły perfumy Nishane- Boszporusz, które kupiłem kilka dni wcześniej przed opisanym już na blogu Munégu. Boszporusz był pierwszym poznanym przeze mnie zapachem ze stajni tego Tureckiego brandu. W początkowym kontakcie z nim poczułem słone powietrze oraz glony wyrzucone na brzeg przez fale. Nie da się ukryć, że perfumy te swoją koncepcją nawiązują do zapachu morza, a mówiąc ściślej do cieśniny Bosfor. Składniki w nich użyte są niezaprzeczalnie najwyższej jakości (tak jak w przypadku Munégu). Dodam również, że po zapoznaniu się z dwoma zapachami od Nishane mam chrapkę na poznanie kolejnych, licząc na to, że nie będą one odbiegały jakością od tych, które już znam.

Po zaaplikowaniu na skórę wydobywa się zielona i zarazem rześka woń Boszporusza. Słony i morski akcent nadają mu wodorosty, które wplatają się w zielony, cierpki akord wykreowany przez szałwię, cyprys, a także wytrawne i zarazem musujące galbanum. Powiedziałbym, że otwarcie jest dość huczne i bardzo mocno projektuje (dorównując niejednemu ciężkiemu gabarytowo zapachowi). Nadmienię, że nie spodziewałem się, że taka "morska" kompozycja może mieć tak fenomenalne parametry użytkowe. W nutach serca Boszporusz przechodzi lekką transformację, ponieważ słono-morski akord zostaje podkreślony przez wodorosty, a jaśmin i gardenia wygładzają w tle całość kompozycji. W dolnych nutach najbardziej dają o sobie znać szorstki w odbiorze mech dębowy oraz piżmo. Paczula i ambra pełnią w tych perfumach rolę utrwalacza i raczej ciężko jest je wyodrębnić podczas ewolucji zapachu na skórze. Zanim przejdę do podsumowania chciałbym wspomnieć także o tym, że gdy kompozycja się wyciszy i uwolnią się już wszystkie nuty zapachowe, chwilami Boszporusz przypomina mi starą wersję perfum Kenzo- Pour Homme. Jest to naprawdę bardzo przyjemne wspomnienie patrząc na obecne "popłuczyny" znajdujące się wewnątrz flakonu tej francuskiej marki.


Boszporusz wydaje się być idealną kompozycją dla miłośników słono-morskich woni. W porównaniu do innych zapachów z tej grupy jego parametry są fenomenalne. Walory użytkowe działają na ich korzyść, bowiem dwa psiknięcia  będą wyczuwalne na skórze ponad 12 godzin. W moim przypadku jest on dużo bardziej ekonomiczny, niż poznany mi Munégu i z tego względu polecam go nieco bardziej (szczególnie fanom starego Kenzo- Pour Homme). Pomimo wszystkich pochlebnych słów na temat obydwu zapachów od Nishane, uważam, że warto się jednak zastanowić, czy cena regularna (ok. 760 zł za 50 ml) jest adekwatna do aromatów zawartych wewnątrz flakonu.


Twórca kompozycji: Jorge Lee


Nuty głowy: trawa morska, cyprys, galbanum, szałwia
Nuty serca: jaśmin, gardenia, wodorosty
Nuty bazy: mech dębowy, paczula, bursztyn, piżmo

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl

środa, 7 lutego 2018

Amouage- Bracken Man

W 2015 r. Omańska marka Amouage wypromowała nowy zapach linii męskiej Sunshine Man. Zdecydowanie odbiegał on swoją wonią od szlagierowych pozycji tego brandu. W przeciwieństwie do swoich starszych braci (rozpoznawanych po wschodniej, orientalnej woni) prezentował kawał dobrej, francuskiej szkoły perfumiarstwa. Wielu fanów Amouage powie, że już Journey Man (wydany w 2014 r.) nie był aż tak orientalny jak np. Jubilation XXV, Interlude czy Reflection. Ja do końca nie zgadzam się z tymi opiniami, ponieważ w moim odczuciu, dopiero Sunshine, Bracken oraz Beach Hut nawiązują do zachodniej sztuki tworzenia perfum. 

Po dość kontrowersyjnej premierze Sunshine, Amouage w 2016 r. zaprezentował kolejny zapach o nazwie Bracken (z ang. oznacza gatunek paproci- orlicę). Perfumy te okazały się być Omańską interpretacją zapachu fougére. Zanim przejdę do opisu samego zapachu, chciałem zaznaczyć, iż Bracken znajduje się w moim TOP 3 ulubionych perfum Amouage. Na podium towarzyszą mu Lyric oraz Gold Man.

Po zaaplikowaniu zapachu na skórę wyczuwamy potężny mix delikatnych cytrusów, które otulają składniki takie jak cyprys, lawenda oraz goździki. Od samego początku przebijają się zieleń i powoli kreujący się akord wilgotnej ziemi. Wystarczy tylko kilka minut, abyśmy mogli rozkoszować się olfaktoryczną wycieczką po lesie. Gdy cytrusy się ulotnią i ustąpią miejsca nutom serca, ziemisty akord jest bardziej zaakcentowany i łączy się z geranium oraz nutami drzewnymi (pozostając w  kooperacji z cyprysem i lawendą). Wszystkie powyższe nuty, rozwijają się na goździkowym tle. W nutach bazy występuje piżmo i paczula, które nawiązują do dawnych kompozycji fougére i z biegiem czasu jeszcze bardziej podkreślają drzewny charakter tych perfum.

Dziwię się, że w oficjalnym składzie nie ma wymienionych takich nut jak mech dębowy czy kumaryna, które są fundamentem pełnej piramidy zapachów fougére. W moim odczuciu, kiedy Bracken otacza nas swoją zielono-ziemisto-goździkową wonią, sprawia ona wrażenie bardziej współczesnej i akceptowalnej przez otoczenie, niż większość retro kompozycji z tej rodziny. Dla mnie perfumy te są asem w rękawie i dodają mi pewności siebie podczas ważnych spotkań i rozmów służbowych. Lubię ich również używać w zimowej scenerii, bo pozwalają mi przenosić się myślami z chłodnej, białej scenerii panującej za oknem do wilgotnego lasu. Amouage- Bracken Man jest idealnym przykładem na to, że można uwspółcześnić niemal już zapomniane grupy zapachowe, dopasowując je do obecnych czasów tak, aby "nie trącały myszką". 

Twórca kompozycji: brak danych

nuty głowy: cytryna, bergamotka, cyprys, lawenda, gałka muszkatołowa, goździki
nuty serca: geranium, cynamon, cedr, drzewo sandałowe
nuty bazy: paczula, piżmo

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.

sobota, 3 lutego 2018

Nishane- Múnegu

Niespełna dwa tygodnie temu miałem okazję pochwalić się na facebookowym fanpage'u moimi dwoma nowymi nabytkami ze stajni Nishane. Pierwszy zapach tego brandu, który do mnie trafił to Boszporusz (planuję niebawem go również opisać na blogu), zaś drugi to bohater dzisiejszej recenzji- Múnegu. Obydwa flakony kupiłem na styczniowej wyprzedaży w Mood Scent Bar. Jako ciekawostkę dodam, iż każdy z nich był kupiony w ciemno. Przy wyborze perfum sugerowałem się tylko i wyłącznie wykazem nut na portalu fragrantica.pl. Czuję się szczęśliwy, że mimo dość ryzykownego zamówienia, obie kompozycje bardzo przypadły mi do gustu. Tym samym zapewniam, że z ogromną przyjemnością zapoznam się z kolejnymi zapachami tej tureckiej marki.

W porównaniu do innych znanych mi podobnych kompozycji, Múnegu jest dość łatwą i zarazem przyjemną wonią z dominującą nutą paczuli. Nie wybrzmiewa ona piwniczno-pleśniowo, ani nie jest również tak soczysta i  wysłodzona jak np. w perfumach Montale- Patchouli Leaves. Mógłbym pokusić się o stwierdzenie, że Múnegu w samym otwarciu pachnie soczysto, natomiast w bazie staje się bardziej suchy i pylisty za sprawą towarzyszących mu orientalnych nut zapachowych.

Otwarcie Múnegu charakteryzuje się dominującym aromatem paczuli. Po zaaplikowaniu zapachu na skórę od pierwszej chwili wiodąca nuta otulona jest pomarańczą i cedrem, które delikatnie przewijają się na drugim planie, dając o sobie znać w dość subtelny sposób. W nutach serca zapach staje się nieco bardziej wytrawny. Paczula zaczyna przybierać powoli pylistą formę za sprawą kminu, gałki muszkatołowej oraz kardamonu. Na tym etapie Múnegu przypomina mi w odbiorze starszą wersję perfum Givenchy- Gentleman oraz Bonda No 9- H.O.T. Always. W dolnych nutach zapach przyjmuje jeszcze bardziej "suche" oblicze; staje się bliskoskórny, a nuta przewodnia wchodzi w kooperację z labdanum, olibanum i ambrą. 

Gdyby nie atrakcyjna wyprzedażowa cena pewnie nigdy nie pokusiłbym się o zakup Múnegu. Na pewno flakon nie trafiłby w moje ręce przy jego regularnej cenie rynkowej (ok 750 zł za 50 ml). Mimo tego, iż sama kompozycja nawiązuje klimatem do moich ulubionych retro perfum, nie ma w niej przysłowiowych fajerwerków- zapach nie rozwija się spektakularnie w porównaniu do innych perfum w tym przedziale cenowym. Jednak kierując się nosem, a nie portfelem, muszę przyznać, że kompozycja ta stworzona jest z bardzo dobrych jakościowo olejków i potrafi uprzyjemnić dzień. Przy rozważnej aplikacji Múnegu może być używany przez cały rok, zarówno na otwartej przestrzeni, jak i w pomieszczeniach. Serdecznie polecam przetestowanie tych perfum wszystkim miłośnikom paczuli, fanom Givenchy- Gentlemana i orientu.

Twórca kompozycji: Sylvain Cara

Nuty głowy: pomarańcza, cedr
Nuty serca: kmin, kardamon, gałka  muszkatołowa, geranium, ylang-ylang
Nuty bazy: paczula, labdanum, olibanum, tytoń, ambra

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.


Franck Boclet- Tobacco