piątek, 30 marca 2018

Versace- L'Homme

W dzisiejszym wpisie chciałbym zaprezentować pierwszy męski zapach, jaki powstał pod szyldem marki Versace (wydany w 1986 r.). Dwoma dominującymi grupami zapachowymi tamtych lat były chypre i fougére. Versace- L'Homme zaliczamy do tych pierwszych, bowiem zawierają pełną piramidę szyprową (tj. cytrusy w nutach głowy, różę i jaśmin w nutach serca oraz mech dębowy i labdanum w nutach bazy). Perfumy te zostały wzbogacone o skórzany akord oraz pewną dozę słodyczy, które nadają im specyficznego, męskiego charakteru. Z moich obserwacji wynika, że na temat Versace- L'Homme krąży w sieci dużo negatywnych wypowiedzi, przyrównujących je do przysłowiowego "zapachu dziadka". Czy faktycznie wspomniane komentarze z for internetowych są uzasadnione? Sprawdźmy to!

Jak to bywa w przypadku zapachów szyprowych, kompozycja otwiera się mixem cytryny, limonki i petitgrianu. Akord ten został wzbogacony o zielone nuty i bazylię, które tworzą męski podkład dla świeżych, lekkich cytrusów. Zdaję sobie sprawę, że otwarcie L'Homme jest mało przyjemne, nieco sztuczne i trudne w odbiorze. Limonka i cytryna nie pachną tutaj tak pięknie i naturalnie, jak to się dzieje w kompozycjach XXI wieku (np. Dior- Homme Cologne 2013 lub Versace- Pour Homme). Otwarcie bardzo mocno nawiązuje do męskich retro-szlagierów typu YSL- Pour Homme, Chanel- Pour Monsieur i moim zdaniem działa to na niekorzyść tych perfum. Im dalej w las, tym kompozycja staje się przyjemniejsza, delikatnie się wycisza i przechodzi w fazę nut serca. Na tym etapie L'Homme zdominowany zostaje przez kwiaty, które wraz z cynamonem nadają lekkiej słodyczy. Kwiatowo-słodki miks rozwija się na drzewnym tle (paczula, drzewo sandałowe oraz drzewo cedrowe), tworząc balans pomiędzy wszystkimi wspomnianymi nutami zapachowymi. W bazie na pierwszy plan wychodzą skóra, mech dębowy i labdanum, dodając lekkiego pazura i mroku. Zapach staje się bardziej fizjologiczny i szorstki. Następnie perfumy zostają przełamane kolejną porcją słodyczy, pochodzącą z piżma, wanilli, fasolki tonki oraz ambry.

Nie owijając w bawełnę, że Versace- L'Homme są perfumami, które pachną starzej niż wskazywałby na to roku ich produkcji. Trzeba być naprawdę ogromnym fanem męskich retro zapachów, żeby używać ich regularnie. Osoba o zdrowych zmysłach raczej nie sięgnie po te perfumy przed 30-tką (i to może okazać się za mało), a tak prawdę mówiąc to grupa docelowa powinna zaczynać się w okolicach 50-tki. Używając schematu podsumowania jak w poprzednich wpisach, chciałbym zaznaczyć, że zapach ten: nie nadaje się na randki, do używania w pracy, ani na spotkania biznesowe. Pomimo tego lubię nosić je na sobie i cieszyć się nimi w domowym zaciszu lub na spacerze z psem. Jeżeli chodzi o odpowiedź na pytanie zawarte w pierwszym akapicie uważam, że po części wpisy w internecie są uzasadnione, a Versace- L'Homme przeznaczone są tylko i wyłącznie dla koneserów.  

Twórca kompozycji: brak danych

Nuty głowy: nuty zielone, bazylia, petitgrain, bergamotka, cytryna
Nuty serca: goździk (kwiat) , drzewo sandałowe, paczula, cynamon, jaśmin, drzewo cedrowe, róża
Nuty bazy: labdanum, skóra, fasolka tonka, ambra, piżmo, mech dębowy, wanilia

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.

wtorek, 27 marca 2018

Versace- Man

Dzisiaj postanowiłem zapoczątkować na blogu wpisy na temat zapachów Versace. Brand ten darzę ogromnym sentymentem i niemal do każdej ich premiery jestem nastawiony pozytywnie, bowiem większość perfum z linii męskiej jest dobra lub bardzo dobra (w przeciwieństwie do konkurencji z  marek selektywnych). Prawdę mówiąc, nie pamiętam sytuacji, aby Versace wypuściło flakon poniżej moich oczekiwań lub zawiodło mnie. Tylko Eros oraz Pour Homme Dylan Blue niespecjalnie trafiają w moje gusta, jednak zdaję sobie sprawę, że marka dopasowała się do panujących trendów na rynku i wspomnianymi wyżej perfumami podbija serca nowego pokolenia. Jak już zapewne wiecie zdecydowanie bardziej miłuje się w zapachach starszej daty i nie ma w tym nic dziwnego, że z portfolio tej firmy moje serce najbardziej uwiodły takie wonie, jak L'Homme, Dreamer, Blue Jeans (ponad 8 lat mój signature scent). Z kompozycji nowszej generacji szanuję Pour Homme, Pour Homme Oud Noir, Man Eau Friache oraz bohatera dzisiejszego wpisu Versace- Man. Jak sami widzicie większość zapachów męskiej linii Versace podoba mi się, a to jest nie lada wyczyn.

Tuż po aplikacji na skórę Versace- Man uwalnia z siebie bukiet nut pieprzowych otulony cytrusowym akordem (powstającym z bergamotki oraz neroli). Wyłoniony akord kooperuje z dzięglem, przypominającym swoim zapachem lukrecję. Otwarcie jest specyficzne, lekko słodkawe i bez wątpienia męskie. Jeżeli pierwszy kontakt z tymi perfumami was zniechęci, polecam dać im chwilę czasu, aby mogły się rozwinąć na skórze do drzewno-orientalno-przyprawowej bazy. Gdy górne nuty ustępują miejsca nutom serca, powoli pojawia się szafran, będący jednym z fundamentalnych składników tej kompozycji. Nadaje on zapachowi skórzano-pylistego charakteru i rozwija się na ciepłym, kardamonowym tle. Według wielu recenzji widniejących w sieci, Versace- Man na tym etapie przypomina inną kompozycję z brandu Versace, a mianowicie Pour Homme Oud Noir. W moim odczuciu owszem, występuje między wspomnianymi zapachami wspólny pierwiastek, przy czym skórzano-agarowa woń z czasem staje się bardziej charakterna i intensywna. W dolnych nutach na pierwszy plan wychodzą kolejne dwa fundamentalne składniki: tytoń oraz ambra. Tworzą one słodko-wytrawny duet, który wraz z szafranem zagłusza niemal wszystkie inne nuty. W późnej bazie (gdy aromat kardomonu, szafranu i ambry osłabnie) można wyczuć, że zapach rozwija się na drzewno-żywicznym akordzie, powstałym wskutek połączenia się labdanum i kaszmeranu.

Dziwi mnie fakt, że w oficjalnej polskiej dystrybucji Versace- Man jest niedostępny, wszak to świetne męskie pachnidło, które można nabyć w bardzo atrakcyjnej cenie (ok. 150 zł za 100 ml). Perfumy te idealnie nadają się do użytku w okresie wiosennym. Nie widzę również przeszkód, aby przy oszczędnej aplikacji stały się one kompozycją biurową dla miłośników nieco cięższych zapachów. Co więcej, Versace- Man świetnie się sprawdzą jako "nieoklepana" alternatywa na wieczorne wyjście. Wydaje mi się, że przy aktualnej cenie, jaka widnieje w sklepach internetowych, warto jest sięgnąć po ten zapomniany zapach, żeby odpocząć od przesłodzonego i syntetycznego głównego nurtu.

Twórca kompozycji: Domitille Michalon

Nuty głowy: neroli, bergamotka, dzięgiel, pieprz
Nuty serca: szafran, kardamon
Nuty bazy: labdanum, ambra, kaszmeran, tytoń

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.

piątek, 23 marca 2018

Amouage- Beach Hut for Man


Z okazji pierwszego dnia wiosny (przepraszam za lekkie opóźnienie) postanowiłem stworzyć wpis na temat zapachu, który w pewien sposób nawiązuje do pierwszych cieplejszych dni roku. Rzecz jasna mowa o Beach Hut for Man. Został on wydany pod koniec 2017 r. i był drugą z kolei  po Figmencie premierą w linii męskiej Amouage ubiegłego roku. Twórcą tej kompozycji jest dość mało doświadczona perfumiarka Elise Benat, nie posiadającą jak dotąd w swoim portfolio innych wybitnych pozycji dorównujących poziomem Amouage. W moim odczuciu był to dość ryzykowny krok ze strony marki, która dała kredyt zaufania Elise, umożliwiając jej stworzenie pod ich szyldem nowych perfum. Czy Amouage- Beach Hut for Man jest udaną kompozycją? Czy dorównuje poziomowi pozostałym arabskim przedstawicielom tego brandu? Sprawdźmy to!

Amouage- Beach Hut for Man akcentuje swoją obecność na skórze bardzo rześką i zarazem mocną nutą mięty, która w otwarciu łączy się kwiatem pomarańczy oraz galbanum. O dziwo, galbanum nie jest tutaj podane w wytrawny, musujący sposób, jaki znany jest mi chociażby z perfum Frederic Malle- French Lover. W nutach serca mięta łączy się z zielono-drzewnym akcentem. Tworzy dominujący duet z bluszczem, który podkreśla soczystą, zieloną woń tej kompozycji. Tuż za nutami zielonymi, na drugim planie, wyłania się wetyweria oraz mech dębowy, nadające perfumom delikatnego, drzewnego charakteru (tym samym przygotowując kompozycję do przejścia w ostatnią fazę rozwoju). W dolnych nutach paczula wraz z mirrą łączą się z nutami drzewnymi. Kompozycja staje się bardziej sucha, ale w dalszym ciągu wyczuwalny jest duet mięty z bluszczem (choć nie jest już tak intensywny, jak w otwarciu i w moim odczuciu dominuje do samego końca). 

Z pozoru przeciętne perfumy z dominującą przewodnią nutą mięty zyskały moje uznanie dopiero z czasem. Pierwszy test blotterowy z Beach Hut for Man  nieco mnie rozczarował, ponieważ nie znalazłem w nich nic nadzwyczajnego poza sporą dawką mięty. Pomimo tego, iż w wykazie nut znajdują się takie, które mogłyby podnieść gabaryt zapachu, ich potencjał nie został wykorzystany w ten sposób. Nie zmienia to jednak faktu, że  Beach Hut for Man  jest bardzo dobrym zapachem, który swoim charakterem (podobnie jak Sunshine for Man) nawiązuje do francuskiej szkoły perfumiarstwa. Warto zaznaczyć, że tak, jak na Amouage przystało, woń ta posiada ponadprzeciętne parametry użytkowe. Bez większego problemu jest wyczuwalna na mojej skórze przez ponad 8 godzin. Patrząc na świeży charakter tej kompozycji jest to naprawdę fenomenalny wynik. 

W moim odczuciu Amouage- Beach Hut for Man są bardzo dobrymi perfumami i należałoby dać im szansę nawet wtedy, kiedy nie przekonamy się do nich za pierwszym razem. Nie posiadają one arabskiego pierwiastka, ale nie czyni ich to gorszymi perfumami od pozostałych Amouage. Podsumowując, chciałbym zaznaczyć, że Elise Benat spisała się na medal!

Twórca kompozycji: Elise Benat

Nuty głowy: mięta, kwiat pomarańczy, galbanum
Nuty serca: wetyweria, mech dębowych, bluszcz
Nuty bazy: mirra, paczula, nuty drzewne

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.

wtorek, 20 marca 2018

Roccobarocco- Joint pour Homme




Roccobarocco- Joint pour Homme miał swoją premierę w 1993 r. i od dłuższego czasu jest dostępny w sprzedaży głównie "z drugiej ręki". Pomimo swojej 25-letniej obecności na rynku uważam, że jest mało popularny w Polsce. Zapachu tego szukałem na różnych portalach aukcyjnych i forach internetowych od ponad roku, aż wreszcie stałem się szczęśliwym posiadaczem flakonu. Teraz w każdej chwili mogę się rozkoszować piękną, retro-animalną wonią tych perfum. Samą kompozycję klasyfikuje się jako drzewno-szyprową i w zasadzie (poza brakiem nuty mchu dębowego w piramidzie zapachowej) wszystkie z elementów znajdują się na swoim miejscu. Nie zmienia to jednak faktu, że z powodu braku tak istotnego (wręcz podstawowego) składnika, jakim jest mech dębowy, Joint w docelowym odbiorze pachnie animalno-szyprowo (tak jak jego niedaleki kuzyn YSL- Kouros, czy Givenchy- Gentleman).

Jak przystało na zapach tego gabarytu, Joint składa się z ponad dwudziestu nut zapachowych. W moim odczuciu zaledwie kilka z nich odgrywa kluczową rolę w tej kompozycji, zaś pozostałe pełnią funkcję tła. Otwarcie Jointa jest charakterystyczne dla zapachów minionej epoki i charakteryzuje się  chaosem wywołanym przez przeplatające się nuty cytrusowo-aldehydowe oraz drzewno-zielone. W górnych nutach dominującymi składnikami są cytryna, bazylia, dzięgiel oraz aldehydy. Przechodząc do kolejnej fazy zapach staje się jeszcze gęstszy, bowiem górne nuty łączą się z kwiatami (jaśmin, róża, geranium, goździk) wzbogaconymi o kardamonowo-tytoniowo-miodowy akord. Na tym etapie kompozycja nabiera nieco balasamiczno-kwiatowego charakteru. Z biegiem czasu tytoń i miód wysuwają się na pierwszy plan, aby następnie połączyć się z nutami bazy. W dolnych nutach bez wątpienia najbardziej wyczuwalnym składnikiem jest cybet. Ma on fizjologiczne, nieokrzesane oblicze (takie, jak lubię) i przypomina mi on wcześniejsze odsłony YSL- Kourosa oraz  Marbert- Gentleman. Wchodzi on w kooperację z akordem skórzanym, piwniczną paczulą i rozwija się na żywiczno-dymnym tle, powstałym wskutek wyłonienia się labdanum. Pod koniec swojej obecności na skórze Joint nie zmienia swojego charakteru i aż do wyparowania pachnie słodko-animalnym akordem z przebijającym się z nutami drzewno-kwiatowymi.

Roccobarocco- Joint pour Homme bez wątpienia jest kompozycją trudną w odbiorze i niedzisiejszą, dlatego raczej dedykowałbym ją koneserom woni lat 80-tych. W moim przypadku użycie ich poprawia mi humor i dodaje pewności siebie, jednak zdaję sobie sprawę, że dla większości osób kompozycja ta może być nieakceptowalna. W każdym razie wszystkich odważnych, bardzo zachęcam do poznania tej intrygującej retro kompozycji.

Twórca zapachu: brak danych

Nuty głowy: dzięgiel, bergamotka, cytryna, bazylia, aldehydy, nuty zielone, kminek, kolendra
Nuty serca: goździk, jasmin, geranium, kardamon, tytoń, korzeń irysa, róża, miód
Nuty bazy: wetyweria, piżmo, labdanum, paczula, cedr, ambra, bób tonka, cybet, skóra

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.ebay.com.

czwartek, 15 marca 2018

Emporio Armani- lui/ il/ he/ él

Perfumy Emporio Armani- Lui swoją premierę miały dwadzieścia lat temu (1998 r.). Zostały skomponowane przez Danielę Andrier, kreatorkę takich kompozycji jak Prada- Infusion d'Homme, Prada- Luna Rossa, Gucci- Rush for Men i wielu, wielu innych ciekawych pozycji. Emporio Armani- Lui  na rynku pojawił się w duecie z żeńskim odpowiednikiem: Emporio Armani- Lei. Pomimo tylu lat istnienia na rynku, obydwie kompozycje mają się dobrze, są dostępne w perfumeriach internetowych oraz stacjonarnych, co świadczy tylko o tym, że w dalszym ciągu budzą zainteresowanie wśród klientów. Odnoszę jednak wrażenie, że linia damska jest nieco bardziej rozpoznawalna i chwalona, niż opisywany dzisiaj Lui. Dziwi mnie ten fakt, ponieważ nie posiada on zbyt pochlebnych opinii w sieci, a w moim odczuciu są to bardzo dobrze skrojone, męskie i uniwersalne perfumy do używania na co dzień. 

Zanim opiszę konstrukcję tych perfum, chciałbym najpierw zaznaczyć, iż obydwie kompozycje (Lui i Lei) posiadają wspólne DNA zapachowe. Wersja żeńska jest delikatniejsza, balsamiczno-pudrowa (więcej o niej możecie znaleźć w osobnym wpisie na blogu), zaś Lui chwilami wydaje się być bardziej szorstki oraz nieco cięższy gabarytowo. Pomimo tych różnic da się wyczuć w nich wspólny mianownik, co według mnie jest naprawdę udanym zabiegiem marketingowym.


W otwarciu Lui uwalnia mieszankę cytrusów finezyjnie połączonych z lekką nutą słodko-cierpkich owoców. Akord ten służy jako podkład dla szałwii, która dominuje kompozycję, podkreślając męski akcent już od samego zaaplikowania. Cytrusowo-owocowy szał dość szybko wycisza się, ustępując miejsca nutom serca. Im dłużej zapach znajduje się na skórze, tym bardziej przybiera kremowo-drzewny charakter. Dzieje się tak za sprawą kwiatów; jaśminu, róży, cyklamenu oraz korzeniowi irysa. Składniki te kooperują z szałwią do czasu, aż zapach rozwinie się do bazy. Według mnie w dolnych nutach najbardziej dominują drzewo sandałowe, mech dębowy, piżmo oraz cedr. Mocno podkreślają drzewno-balsamiczny charakter zapachu i to właśnie na tym etapie Lui mocno przypomina swój żeński odpowiednik. Nie powinno to być zaskoczeniem, ponieważ baza obydwu zapachów pod względem składu jest do siebie bardzo zbliżona.

Emporio Armani- Lui jest przyjemną kompozycją, która niezbyt spektakularnie rozwija się na skórze, przez co delikatnie traci na atrakcyjności z punktu widzenia konesera. W moim odczuciu nie jest to dużą wadą, ponieważ powstały akord w całej swojej okazałości wybrzmiewa naprawdę bardzo przyjemnie. Minusem tych perfum bez wątpienia są parametry, które pozostawiają wiele do życzenia. Przy takim spisie nut wydawałoby się, że mamy do czynienia z zawodnikiem wagi ciężkiej. Prawda jest jednak nieco rozczarowująca, ponieważ zapach projektuje dobrze przez ok. 2-3h po czym staje się bardzo bliskoskórny, a następnie znika po ok. 5h. Cena tych perfum mogłaby być nieco niższa, co rekompensowałoby średnie parametry użytkowe. W tym przedziale cenowym (200 zł za 100 ml)  można znaleźć naprawdę porządną kompozycję pod względem zapachu, jak i parametrów. Mimo tego uważam, że warto jest poznać Emporio Armani- Lui, bo może okazać się ciekawą alternatywą na tle aktualnie dostępnego wyboru perfum selektywnych. 

Twórca kompozycji: Daniela (Roche) Andrier

Nuty głowy: ananas, mandarynka, jabłko, szałwia, yuzu, bergamotka, kardamon, cytryna
Nuty serca: cyklamen, gałka muszkatołowa, korzeń irysa, jaśmin, róża
Nuty bazy: drzewo sandałowe, fasolka tonka, ambra, piżmo, mech dębowy, cedr

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.

niedziela, 11 marca 2018

Barcelona- Muzeum Perfum w Perfumerii Regia


Z racji tego, że dzisiejszy dzień przywitał mnie pięknym słońcem i pierwszym w tym roku + 18 stopni, niemal natychmiast moje wspomnienia zawędrowały do ubiegłorocznych wakacji spędzonych w Hiszpanii. Przypomniałem sobie, że miało wtedy miejsce jedno z moich najciekawszych perfumeryjnych odkryć, dlatego też zdecydowałem się je upamiętnić wpisem na blogu.

Spragniony słońca i odpoczynku od szarej, korporacyjnej rzeczywistości namówiłem żonę do spędzenia długo wyczekiwanego urlopu w Katalonii. Zaciekawiony nowoodkrywanymi terenami, zafascynowany miejscową historią, kulturą i gastronomią, postanowiłem również sprawdzić, czym pachnie Hiszpania. 

Swoje poszukiwania rozpocząłem od penetracji lokalnych, niewielkich sklepików w obrębie zabytkowego starego miasta i promenady kurortu, w którym się zatrzymałem. Upolowałem takie perełki, jak np. Ramon Molvizar- Black Cube. Ucieszył mnie również widok starszych wersji Yves Saint Laurent- Kourosa, czy Dior-Diorella. Podobnych cudeniek było o wiele więcej, jednak bardzo zależało mi na tym, aby sprawdzić, jak przedstawia się perfumeryjny świat Barcelony.

Wiedziony tym pomysłem, jak również chęcią zwiedzenia miasta, wsiadłem do kolejki nadmorskiej i w przeciągu niespełna 1,5 h znalazłem się u celu. Pierwszą część wycieczki zaplanowała moja lepsza połowa prowadząc nas do kilku wspaniałych zabytków, a następnie na niesamowicie pachnącą paellę. Druga, perfumeryjna część wycieczki należała już do mnie. Cel był prosty- zrobić perfumeryjny rekonesans i przywieźć jakąś pachnącą pamiątkę.


Ja również byłem przygotowany do tematu- buszowanie rozpocząłem od galerii przy Placu Katalońskim. Znalazłem w niej butikową kolekcję Yves Saint Laurent, Chanel, Dior, stoisko Hermesa, Toma Forda, Penhaligon's, Merchant of Venice i wiele, wiele innych. Starałem się nie zamęczyć swojego nosa podczas pobytu w pierwszym sklepie, dlatego testowałem raczej te zapachy, których nie ma w Polsce. Miałem wyznaczone jeszcze dwa przystanki- lokalną perfumerię Regia oraz butik Dior. W tym celu udałem się na Passeig de Gràcia i rozpocząłem swoje poszukiwania. Miałem trudności ze znalezieniem sobie pamiątki, bo prawdę mówiąc sam nie wiedziałem czego szukałem. Chciałem, aby któryś z zapachów uwiódł mnie. Brałem pod uwagę zakup perfum Dior- Lether Oud, ale postanowiłem nie zamykać się na inne propozycje. Żona zasugerowała mi, żebym na pamiątkę odwiedzonego miejsca wybrał sobie może jakieś hiszpańskie perfumy, których nie ma w Polsce (co nie było wcale takim głupim pomysłem). 


Pierwsza na horyzoncie ukazała się perfumeria Regia. Już po przekroczeniu jej progu wiedziałem, że to nie będą szybkie zakupy. Musiałem powąchać wszystko, co u nas niedostępne, a następnie pomyśleć, czy jest tam coś, co chciałbym zabrać ze sobą. Jedna z ekspedientek przyjęła wyzwanie jakim jest próba doradzenia mi czegokolwiek i wytrwale pomagała mi przez okrągłą godzinę, pokazawszy przy tym jak rozległą wiedzę perfumeryjną posiada. Muszę to przyznać- personel zna się na perfumach, dlatego same rozmowy z obsługą były dla mnie ciekawym doświadczeniem i źródłem nowej wiedzy.

Miałem już swoje kilka typów, jednak uznałem, że nie podejmę decyzji, póki nie przypomnę sobie zapachu Dior- Lether Oud. Tym sposobem znalazłem się w butiku Dior z blotterem w ręku. Perfumy podobały mi się, ale nie byłem pewien, czy chcę, aby to była moja pamiątka z wakacji. Właśnie dlatego zdecydowałem, że wrócę do Regii i wspomogę lokalny rynek. Ostateczny wybór padł na perfumy Ramon Monegal- Ambra di Luna (opisane w osobnym wpisie na blogu). Perfumy hiszpańskie i pierwsze w mojej kolekcji z dominująca nutą ambry.

Kiedy płaciłem za zakupy przyszło największe zaskoczenie. Ekspedientka z lekką nutą niepewności i ciekawości zapytała mnie, czy jako pasjonat perfumiarstwa, nie miałbym ochoty zwiedzić muzeum perfum. Już kiedy usłyszałem "muzeum perfum" wiedziałem, ze to coś zdecydowanie dla mnie i zacząłem wypytywać, gdzie się ono znajduje, ponieważ o nim nie wiedziałem. Pani była wyraźnie zaskoczona- poinformowała mnie, że muzeum znajduje się na tyłach perfumerii, jest prywatną kolekcją właściciela Regii i po rozmowach ze mną sądziła w pierwszej kolejności, że to ono było celem moich odwiedzin. I tym sposobem wraz z żoną, za zgodą właściciela, zostaliśmy nieodpłatnie zaproszeni do obejrzenia kolekcji.

Po wejściu do muzeum oniemiałem. Do tej pory nigdy nie widziałem tylu zabytków perfumiarstwa w jednym miejscu. Było tam wszystko- pojemniki na perfumy z wielu kultur starożytnych, pełne kolekcje wszystkich wydań kultowych perfum, edycje limitowane, zbiory miniatur i wiele, wiele więcej... Myślę, że wrażenie całości najlepiej oddadzą poniżej zamieszczone zdjęcia.




















W trakcie oględzin dowiedziałem się również, że założyciel perfumerii stworzył swoje własne zapachy o nazwie Regia, które dostępne są w sprzedaży wyłącznie w tej perfumerii. Po zwiedzeniu muzeum byłem bardzo szczęśliwy i sądziłem, że tamtego dnia już nic lepszego mnie nie spotka- myliłem się. Kiedy wychodziłem i dziękowałem ekspedientce za jej uprzejmość i pomoc, otrzymałem w prezencie pełną torebkę próbek zapachów. Było w niej przysłowiowe wszystko- od wspomnianych wyżej perfum Regia, poprzez próbki większości zapachów, które podobały się mnie i żonie, jak również kilka propozycji "od siebie" i perfum-niespodzianek.

Przyznam się, że pisząc ten wpis czułem się, jakbym przeżywał tę wycieczkę kolejny raz, dlatego wracam już do rzeczywistości, a Was zapraszam do komentowania.

czwartek, 8 marca 2018

Narciso Rodriguez- for Her EDP

Na wstępie każdej Pani czytającej ten wpis życzę wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet. 

Nawiązując do dzisiejszego święta, post postanowiłem zadedykować Paniom i z tej okazji wybrałem nie byle jakie perfumy, bowiem Narciso Rodriguez- for Her EDP. W moim odczuciu są kobiecością zamkniętą w dość skromnym flakoniku. Zapach ten, stworzony przez duet perfumiarzy Francisa Kurkdjiana oraz Christine Nagel w 2006 r. jest piękną, zmysłową interpretacją piżma. Wersja perfumowana jest pierwszym flankerem linii for Her (protoplasta pojawił się na rynku w 2003 r. i miał tych samych autorów). Kierując się tym, że zapach stworzył wspomniany duet, można brać go niemal w ciemno i mieć świadomość, że będzie on ponadprzeciętny.

Mimo dość skromnego składu, Narciso Rodriguez- for Her EDP zawiera wszystko, czego potrzeba kobiecej kompozycji, aby zwróciła na siebie uwagę. Znajdują się tutaj akcenty drzewne, kwieciste oraz pięknie zaprezentowane piżmo (to ono w tej kompozycji występuje na pierwszym planie). Zacznijmy jednak od początku- kompozycja otwiera się różano-geraniolowym akordem podbitym soczystą, nieco słodką brzoskwinią. Powyższe składniki niemal od chwili aplikacji wchodzą w kooperację z nutą piżma, która lekko wysładza kompozycję i dodaje szczypty seksualności. Z biegiem czasu piżmo wychodzi na pierwszy plan i łączy się z ambrą (wybrzmiewającą delikatnie i nieco fizjologicznie). Powstały akord dodaje przysłowiowego pazura, dzięki czemu perfumy stają się bardziej zmysłowe i intrygujące. W końcowej fazie rozwoju wyłaniają się nuty drzewne (paczula i drzewo sandałowe). W dość subtelny sposób podkreślają one charakter zapachu, dodając nieco stęchło-balsamiczno-żywicznego akcentu.

Według mnie Narciso Rodriguez- for Her EDP wyróżnia się na tle znanych mi damskich perfum selektywnych. Moim zdaniem jedynym jego godnym konkurentem z przewodnią nutą piżma są perfumy Alaïa- Alaia. Dość mocno wybijają się one wraz z bohaterem wpisu na tle syntetycznych świeżaków i oklepanych kwiecistych kompozycji. Narciso Rodriguez- for Her EDP sprawdzi się idealnie w większości okoliczności oraz pór roku (może w lecie może być zbyt przytłaczający). Droga Pani- jeżeli nie miałaś jeszcze okazji zapoznać się z tytułowym zapachem, pora to zmienić, a gwarantuję, że zwrócisz na siebie uwagę wielu mężczyzn!

Twórca kompozycji:  Francisa Kurkdjiana, Christine Nagel

Nuty głowy: róża, brzoskwinia 
Nuty serca: piżmo, ambra
Nuty bazy: paczula, drzewo sandałowe

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.

poniedziałek, 5 marca 2018

Narciso Rodriguez for Him- Bleu Noir EDP

Zgodnie z wczorajszą zapowiedzią z wpisu dotyczącego Bleu Noir EDT, dzisiaj skupię się na opisie pierwszego flankera rodziny Bleu Noir, który został wydany pod postacią wody perfumowanej w 2018 r. Jedną z pierwszych informacji, która rzuciła mi się w oczy podczas zbierania materiałów było to, że twórca kompozycji jest nieznany. Ten fakt już sam w sobie dał mi nieco do myślenia, bo nie mogę się domyślać, jaką drogę obiorą perfumy, mimo wyszczególnionych nut zapachowych. Narzuca się również pytanie, czy Bleu Noir będzie "protoplastą na sterydach", czy kompozycja w wyższej koncentracji okaże się być zupełnie odrębną historią.

Już pierwsze sekundy od aplikacji dają nam do zrozumienia, że Bleu Noir EDP nie otwiera się ciepłym kardamonem, tak jak to miało miejsce w przypadku wersji EDT. Nie ma w tym nic dziwnego, bowiem w składzie perfum nie widnieje taki składnik i w porównaniu do protoplasty brakuje tutaj również gałki muszkatołowej, która wraz z kardamonem tworzyły ciepło-słodką, świdrującą aurę. Patrząc na skład Bleu Noir EDP wydawać by się mogło, że obydwa zapachy będą miały ze sobą coś wspólnego, a według mnie wcale tak nie jest. Kompozycja otwiera się wetyweriowo-cedrowym, rześkim mixem, który wysłodzony jest delikatnym, słodkim piżmem. Na tym etapie Bleu Noir EDP może delikatnie nam się skojarzyć z wonią bazy wersji Bleu Noir EDT, jednak przez brak kardamonu, zapachy te nie są identyczne. Im dalej w las, tym bardziej odnoszę wrażenie, że kompozycja przekształca się w "oklepany", znany mi już akord, który nawiązuje chwilami do Calvin Klein- One, czy też Azzaro- Chrome. Samo takie skojarzenie zwraca uwagę, jak dwa zapachy z jednej rodziny, posiadające tę samą nazwę i niemal ten sam skład, mogą się od siebie skrajnie różnić. Jednym z lepszych przykładów analogicznej sytuacji jest Dior- Fahrneheit, gdzie poza nazwą, wersja EDP nie ma za wiele wspólnego z EDT (a wydawałoby się, że jest to tylko różnica w koncentracji zapachu). Wracając do Bleu Noir EDP, chciałem wspomnieć, że w moim odczuciu zapach z czasem jeszcze bardziej traci na jakości, a jego baza wydaje się być płaska, nieco syntetyczna i wtórna.
 
Prawdę mówiąc zakładałem, że Bleu Noir EDP okaże się być wzmocnioną wersją klasyka i byłby to najlepszy możliwy scenariusz dla tych perfum, bowiem protoplaście do perfekcji brakuje tylko i wyłącznie lepszych parametrów. To, co możemy obecnie kupić w drogeriach z dopiskiem "eau de parfum" nie dorasta do pięt wersji toaletowej Bleu Noir i nie ma z nią też za wiele wspólnego. Z mojego punktu widzenia jest to pierwszy męski zapach ze stajni Narciso Rodrigueza, który odbiega jakością względem pozostałych oraz nie wnosi nic nowego do świata perfum. Na pewno znajdzie on swoich zwolenników, ponieważ jest dość łatwy w odbiorze, jednak ja oczekiwałem od niego czegoś więcej, dlatego też go nie polecam.
 
Twórca kompozycji: brak danych
 
Skład: cedr, wetyweria, bursztyn, piżmo, heban 

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.

niedziela, 4 marca 2018

Narciso Rodriguez for Him- Bleu Noir

Ze względu na to, iż na polskim rynku niedawno pojawiła się wersja Bleu Noir for Him w koncentracji wody perfumowanej, postanowiłem w pierwszej kolejności opisać jego protoplastę, a w kolejnym wpisie porównać obydwa zapachy ze sobą. Narciso Rodriguez for Him- Bleu Noir poznałem ponad rok temu. Był to trzeci zapach z linii męskiej tej marki, który miałem okazję na sobie testować. Prawdę mówiąc każdy z nich wywarł na mnie pozytywne wrażenie. Perfumy z linii for Him okazały się być pewną innowacją na rynku perfum selektywnych, bowiem wersja EDT pachnie tak niszowo, nostalgicznie i mrocznie, że mało kto jest w stanie używać jej na co dzień, zaś wersja EDP jest interpretacją piżma na irysowo-przyprawowym tle i nawiązuje nieco do stylu perfum starszej dekady. Innowacją okazał się być Bleu Noir, który zapoczątkował nową rodzinę i ukazał o wiele bardziej łagodne oblicze perfum dla mężczyzn ze stajni Narciso Rodriguez.

Tuż po aplikacji zapachu na skórę wyczuwamy ciepły kardamon, który może skojarzyć nam się z perfumami Cartier- Declaration. Podbity jest świdrującym, świeżym zapachem gałki muszkatołowej. Po pewnym czasie obydwa składniki wysładzają się na delikatnym, piżmowym tle. Cały akord wybrzmiewa w dalszym ciągu ciepło i nie staje się fizjologiczny, tak jak w przypadku innych zapachów z linii for Him. Występujące w nutach serca piżmo delikatnie podkreśla swoją obecność, nie dominując przy tym kardamonu, który w tych perfumach gra pierwsze skrzypce. Kompozycja w bazie staje się nieco bardziej drzewna, przeistaczając się zarazem w wytrawną woń. Zanika słodycz i do kardamonowo-piżmowego akordu dołącza zapach drzewa cedrowego oraz wetywerii. Kompozycja staje się wówczas bardzo cielesna i projekcja znacznie się wycisza. Spotkałem się z opiniami, że  Bleu Noir w bazie pachnie podobnie do Terre d'Hermes i Cuir Vetiver od Yves Rochera. Tak jak mógłbym się zgodzić, że pewna powstała doza słodyczy tworzy wspólny mianownik pomiędzy Yves Rocherem a Narcisiem, tak w przypadku Hermesa, aż takiego podobieństwa osobiście nie wyczuwam. Nie ma w tym nic dziwnego, że Bleu Noir jest bliżej do Cuir Vetiver, ponieważ obydwa zapachy zostały wykreowane przez Sonię Constant i według mnie mamy tutaj do czynienia z autoplagiatem.

Bleu Noir jest bez wątpienia bardzo dobrą kompozycją i utrzymuje wysoko postawioną przez wcześniejsze męskie premiery Narciso Rodrigueza poprzeczkę. Na pewno spodoba się on fanom perfum Cartier- Declaration, jak i miłośnikom drzewno-przyprawowych kompozycji. Bleu Noir jest idealnym przykładem całorocznego zapachu, dla którego można znaleźć ogromny wachlarz zastosowań. Jedynym minusem, o jakim muszę wspomnieć są jego parametry. Na mojej skórze kompozycja znika po 4 godzinach i gdyby nie ten fakt na pewno flakon znalazłby się na stałe w mojej kolekcji. 

Twórca kompozycji: Sonia Constant

Nuta głowy: gałka muszkatołowa, kardamon
Nuta serca: piżmo
Nuta bazy: heban, cedr, wetyweria, ambra 

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.

Franck Boclet- Tobacco