poniedziałek, 30 kwietnia 2018

Zoologist- Moth

Dzisiaj na warsztat biorę perfumy kanadyjskiej marki Zoologist- Moth. Dzięki uprzejmości perfumerii Lulua miałem możliwość zapoznać się z nimi przed ich premierą, która będzie miała miejsce w pierwszej połowie maja. Póki co, wszystkich niecierpliwych fanów "zwierzątek" mogę jedynie zachęcić do zaopatrzenia się w próbki i przetestowanie Ćmy. 

Twórcą perfum jest japoński perfumiarz Tomoo Inaba, który w 2016 r. współpracował już z Zoologist i zadebiutował prezentując światu szyprowo-owocowe perfumy- Nightingale. Zapach ten miał na celu odzwierciedlenie aury wiosny w Japonii, gdzie rozkwitają wówczas kwiaty drzew śliwkowych (najbardziej wyczuwalna nuta tamtych perfum) i wiśniowych. Wokół nich wszechobecny jest śpiew słowików.

Przypuszczam, że teraz nasuwa się pytanie, czy Ćma również będzie inspirowana (niczym Słowik) jej otoczeniem? Czy zastaniemy w niej tony osiadłego na książkach w bibliotece kurzu? A może jednak kompozycja będzie odzwierciedlała porę, w której ćmy są najbardziej aktywne? Sugerując się poniższą grafiką reklamową- czy Moth będzie nawiązywał do mistycyzmu?

Przekonajmy się!


Moth jest bardzo złożoną, gęstą i powoli rozwijającą się kompozycją. Według mnie wszystkie nuty zapachowe podane w oficjalnym składzie towarzyszą (w zależności od etapu) jednej z nich (przewodniej)- miodowi. Tylko w bazie kompozycja odbiega od schematu i staje się bardziej drapieżno-fizjologiczna. Otwarcie przywodzi na myśl orientalną bombę olfaktoryczną, która po jednym psiknięciu wypełnia całe pomieszczenie. Przebijają się w niej nuty pikantne (pieprz), świdrujące (cynamon, goździki i gałka muszkatołowa) oraz suche (szafran i kumin). W górnych nutach nie doszukałem się wyraźnie zaakcentowanego uderzenia cytryny. Przypuszczam, iż gabaryt uprzednio wymienionych składników całkowicie ją zdominował. W kolejnej fazie rozwoju wydobywa się kwiatowa słodycz, która wyraźnie podkreśla, w jakim kierunku będzie rozwijać się zapach. Kiedy orientalna bomba wycisza się, spośród wszystkich kwiatów na pierwszy plan wychodzą mimoza, (swoją słodyczą delikatnie imituje woń miodu), róża, jaśmin oraz heliotrop. Pomimo obecności wymienionego w składzie irysa oraz konwalii, zapach nie nabiera mydlano-pudrowego charakteru. Z biegiem czasu do nut kwiatowych dołącza akord żywiczny, w którym wyczuwam nawiązanie do perfum Olympic Orchids- DEV#1: Foreplay. Wspomniany słodko-żywiczny zapach kojarzy mi się z gumami balonowymi, które żułem w dzieciństwie (np. Kaczor Donald). Im dalej w las, tym zapach staje się bardziej animalny. Dzieje się tak za sprawą mocno zaakcentowanej nuty miodu. Wbrew pozorom składnik ten w Moth wcale nie jest  ani bardzo słodki, ani syntetyczny i po dłuższym namyśle mogę śmiało stwierdzić, że pachnie on jak propolis (kit pszczeli). Chwilami nabiera dymnego wymiaru i przypomina nieco woń palonej świecy z kitu pszczelego. Pachnie to naprawdę dobrze i przede wszystkim naturalnie. Gdy zapach osiądzie już blisko na skórze, słodycz ustępuje nutom drzewnym i animalnym, kompozycja staje się nieco bardziej fizjologiczna, a na pierwszy plan wysuwa się woń drzewa agarowego, paczuli, ambry oraz delikatnego piżma.

Śmiało mogę stwierdzić, że Moth pachnie naprawdę dobrze, lecz ja nie odnajduję się w tym zapachu. Dziwi mnie, że taki ciężki zapach ma premierę w letnią porę roku (tym samym uważam też, że jest to jedyna wpadka producenta). Według mnie jesień byłaby idealnym czasem, aby móc cieszyć się perfumami tego gabarytu. Sama kompozycja w pewien sposób nawiązuje do środowiska ćmy, chociaż nie takiej, która trzepocze skrzydełkami nocą i przykleja się do światła lampy, lecz do Ćmy przedstawionej w kampanii reklamowej. Jest ona mistyczna, leniwa (pod względem ewolucji), dostojna, a świece za nią nie stoją przypadkowo. To właśnie one wykonane są z kitu pszczelego i w trakcie palenia nawiązują do nut środkowych, a może nawet wczesnej bazy tych perfum.

Twórca kompozycji: Tomoo Inaba

Nuty głowy: czarny pieprz, cynamon, goździk, kumin, cytryna, gałka muszkatołowa, szafran
Nuty serca: heliotrop, irys, jaśmin, mimoza, konwalia , róża
Nuty bazy: ambra, miód, żywice, gwajak, piżmo, cypriol, oud, paczula, dym, wetiwer

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.

piątek, 27 kwietnia 2018

Zoologist- Dragonfly

Dzisiejszy wpis poświęciłem ubiegłorocznej premierze kanadyjskiej marki Zoologist. Mowa oczywiście o Ważce, która pojawiła się na półkach krakowskiej perfumerii Lulua w okolicach czerwca. Wówczas, po otrzymaniu informacji na temat nowego zapachu Zoologist, bezzwłocznie udałem się na testy. Byłem bardzo ciekawy tej woni, bowiem Juan Perez stworzył akord zwany "rain water", który miał na celu nawiązać do naturalnego środowiska ważki. Ponadto, wiedziałem już wcześniej, że Dragonfly ma być kompozycją szyprową, wzbogaconą o różnorodne nuty kwiatowe (a jak już zapewne zorientowaliście się, bardzo lubię perfumy z tej rodziny). Faktem jest, że opisywany zapach jest nowoczesną interpretacją szypru. Dlaczego jest unowocześnionym przedstawicielem tej grupy zapachowej? Dlatego, że nie składa się z pełnej piramidy, natomiast występujące w nim kwiaty wiernie odzwierciedlają klimat szypru.

Na oficjalnej stronie Zoologist, Juan Perez zdradza, że inspiracją do stworzenia Ważki były perfumy Guerlain- Apers L'Ondee (nie miałem okazji ich niestety testować). Patrząc jednak na składy obydwu zapachów można doszukać się pewnych podobieństw, takich jak to, że obie kompozycje otwierają się mixem cytrusów, a dominującymi kwiatami są heliotrop i irys. Wracając do Dragonfly, chciałbym zaznaczyć, że niemal od samego początku zapach zmierza w kobiecą stronę. W otwarciu bardzo mocno zaakcentowane zostały cytrusy w duecie z metalicznymi, chłodnymi aldehydami oraz heliotropem (w towarzystwie piwonii). W tle delikatnie wyczuwamy dość specyficzny, nieco duszny (tak, jak powietrze przed burzą) akord wody deszczowej. Uwalniając powyższe nuty kompozycja nabiera waniliowo-marcepanowo-kwiatowego charakteru. W nutach środkowych Juan Perez postawił na kwiaty oraz nutę ryżu, która wybrzmiewa dla mnie bardzo kremowo. Zapach nabiera pudrowo-mydlanego charakteru, a kwiaty podkreślają swoją dominację poprzez emanującą z nich słodycz. Na tym etapie chwilami odnoszę wrażenie, że Ważka jest nieco syntetyczna i dość trudna w odbiorze. Baza kompozycji opiera się głównie o wzbogacenie kwiatowo-pudrowego akordu o nuty drzewne (mech dębowy, papirus, drzewo sandałowe), które i tak nie są w stanie wybić się na pierwszy plan. Gdy zapach staje się już bardzo bliskoskórny w dalszym ciągu emanuje z niego pewna słodycz, wyłaniająca się z piżmowo-bursztynowego akordu.

Dla mnie Zoologist- Dragonfly jest  trudną w odbiorze kompozycją (podobnie jak opisany już na blogu Civet). Słodko-pudrowo-kwiatowa woń nie jest do końca tym, czego szukam w perfumach. Jestem jednak przekonany, że kobiety o dominującym charakterze będą w stanie ujarzmić Ważkę i czuć się w niej komfortowo. Być może jestem trochę (lub nawet bardzo) staroświecki, bo taka interpretacja szypru mi nie odpowiada. Możliwe, że wynika to z tego, że Dragonfly wybrzmiewa syntetycznie. Na pewno nie są to perfumy, które można kupić w ciemno lub podarować komuś jako prezent. Z mojej strony zalecam testy globalne, a być może doszukacie się w tym zapachu lekkości, której ja nie znalazłem. W każdym razie uważam, że sama interpretacja środowiska ważki (kwiatowo-wodne) jest całkiem udana.

Twórca kompozycji:  Juan Perez

Nuty głowy: aldehydy, cytryna, heliotrop, piwonia, nuty deszczu 
Nuty serca: koniczyna, irys, lotos, ryż,  kwiat wiśni
Nuty bazy: bursztyn, mech dębowy, drzewo sandałowe, piżmo, papirus

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.

środa, 25 kwietnia 2018

Maison Francis Kurkdjian- Petit Matin

W 2016 r. Francis Kurkdjian stworzył duet perfum, który zainspirowany był paryskimi porankami (Petit Matin) oraz wieczorami (Grand Soir- opisany wcześniej na blogu). Według Ormianina Paryż o świcie, w słoneczny dzień, otulony jest magiczną aurą, która zachęca do spacerowania pustymi ulicami oraz zaułkami. Aby nacieszyć się magią poranka, powinniśmy zwolnić tempo życia, znaleźć czas na poranną kawę, przeczytać parę stron ciekawej książki, a następnie udać się do parku, aby trochę pomarzyć aż do czasu, kiedy promienie słoneczne dodadzą nam energii na resztę dnia. Chciałem zrozumieć poniekąd zamysł tych perfum, dlatego postanowiłem poddać się testowi i odzwierciedlić opisaną wyżej scenerię w Krakowie (rzecz jasna w towarzystwie Petit Matin). 

Przygotowując się do testu, śledziłem prognozę pogody, aż natrafiłem na ciepły, słoneczny poranek. Zgodnie z zaleceniami wstałem o świcie, kilka minut po 5 rano (zanim miasto przebudziło się do życia). Po porannej toalecie zaaplikowałem na siebie kilka chmurek perfum na szyję. Zostałem wówczas otulony przez delikatną, cytrusową pelerynę, która wybrzmiewała soczyście i bardzo naturalnie. Efekt ten zawdzięczamy synergii cytryny, werbeny oraz kwiatu pomarańczy. Powstały aromat był na tyle energetyzujący, że nie miałem potrzeby sięgać po żadne pobudzające używki, jak kawa czy herbata. 

Cytrusowa peleryna z czasem wzbogaciła się o kolejną nutę, którą jest lawenda z Prowansji. W żadnym wypadku nie jest ona szorstka, nachalna i nie przechyla woni w męską stronę. Powstały akord w pewien sposób przypomina mi inne dzieło Ormianina- APOM, w którym to pierwsze skrzypce gra kwiat pomarańczy. Odnoszę wrażenie, że w Petit Matin wspomniana nuta zaakcentowana jest w bardzo podobny sposób i przybiera z czasem pudrową formę.

Pomijając relację z dojazdu MPK do centrum (z powodów oczywistych) zacząłem spacerować po parku Jordana, który w kwietniu zaczyna rozkwitać i uracza nas aromatami pąków i kwiatów owocowych. Perfumy dopasowały się do otoczenia i uwolniły z siebie lekki, kwiatowy akcent, który zawdzięczają kwiatom głogu. Soczyste cytrusy, okraszone delikatną słodkością płatków głogu bez wątpienia nawiązują do wiosennej aury (jest to najlepsza pora, aby delektować się Petit Matin). W końcowej fazie rozwoju zapach staje się bliskoskórny, a kwiatowo-cytrusowy akord rozwija się na subtelnym, piżmowo-ambrowym tle.


Aby test został zakończony pomyślnie, chciałem dotrzeć na jeden z krakowskich mostów, bowiem fotografie promujące Petit Matin i Grand Soir w dużej mierze przedstawiają mosty nad Sekwaną i latarnie. Po porannym spacerze zatrzymałem się na Moście Dębnickim, z którego można podziwiać Wawel. Widok na Zamek Królewski o świcie prezentuje się nadzwyczaj malowniczo, szczególnie jeżeli wspomnianą scenerię zastaniemy o wschodzie słońca w towarzystwie Petit Matin. 

Twórca kompozycji: Francis Kurkdjian

Nuty głowy: werbena, cytryna, kwiat pomarańczy, lawenda
Nuty serca: głóg
Nuty bazy: piżmo, ambra

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.

niedziela, 22 kwietnia 2018

Frederic Malle- French Lover

W 2007 r. współpraca Pierre Bourdona z Fredericiem Malle zaowocowała pojawieniem się na rynku Francuskiego Kochanka. Zamierzeniem przy tworzeniu tych perfum było wykreowanie ponadczasowego, niemalże idealnego męskiego zapachu, który miał charakteryzować się zwierzęco-roślinną wonią, dodającą pewności siebie. Cel został osiągnięty dzięki talentowi Pierre Bourdona, który jest specjalistą w tworzeniu ponadczasowych męskich pachnideł. Najlepszym przykładem jego twórczości są YSL- Kouros (jego debiutanckie perfumy) oraz Davidoff- Cool Water. Pomimo wielu reformulacji przetrwały próbę czasu i w dalszym ciągu cieszą się przeogromnym zainteresowaniem ze strony mężczyzn. Nie powinno być to zaskoczeniem, że to właśnie Pierre jest moim ulubionym nosem perfumiarstwa. Jego kompozycje są dość odważne, często nietypowe, niejednokrotnie kontrowersyjne i wybrzmiewają bardzo naturalnie. Podobnie jest w przypadku French Lovera, który jest stosunkowo młodym wytworem pracy Pierra, a jednak i jemu nie brakuję żadnej z powyżej opisanych cech. 

Po zaaplikowaniu perfum na skórę do naszych nozdrzy przedostaje się dość ofensywna, nieokrzesana dawka musującej, wytrawnej zieleni, otulonej przyprawami. Powstały efekt jest wynikiem uwolnienia się jednej z dominujących nut głowy, którą jest galbanum. We French Loverze nabiera ono niezwykle szampańskiego charakteru. Odnosimy wrażenie, jakby w zapachu znajdowały się bąbelki, które przenikają przez nasz zmysł węchu. Powstały akord pachnie nadzwyczaj naturalnie i przyjemnie, nawiązując do dawnego francuskiego rzemiosła perfumeryjnego i ocierając się o bazę szyprową (tak jak w przypadku Amouage- Beach Hut). Następnie galbanum wycisza się i ustępuje miejsca świeżemu, żywicznemu aromatowi drzewa cedrowego. Wspomniana nuta wraz z lekkim, dymnym, nieinwazyjnym kadzidłem tworzy podkład dla najważniejszego składnika tych perfum- arcydzięgla. Powstały akord nadaje kompozycji nieco dusznego, drzewno-zielonego charakteru, który kojarzy mi się ze spacerami po polanach zarośniętych chwastami w upalne dni. W dolnych nutach wyłania się drugi kluczowy składnik- wetyweria. Jest bardzo soczysta, jeszcze bardziej podkreśla zielony charakter pozostałych nut; łączy się z mchem dębowym dodającym kwaśno-zielonego akcentu. Po kilku godzinach rozkoszy powodowanej delektowaniem się zielono-gorzko-cierpkim zapachem, kompozycja wycisza się i rozwija na lekko słodko-mydlanej, piżmowej nucie. 

Przy pierwszym podejściu do French Lovera zastanawiałem się długo, co jest w nim takiego wyjątkowego, że budzi zachwyt wśród perfumoholików. Wówczas nie zdawałem sobie sprawy, że prawdziwe piękno i zmysłowość tej kompozycji może wynikać z jej prostoty (nie mylić z prymitywnością). Zapach, który przy pierwszym kontakcie nie powoduje zachwytu, a dopiero po kolejnych testach hipnotyzuje swoją wonią i głębią, jest dziełem kompletnym i zachwycającym. Taki również jest Francuski Kochanek. Największą radość uzyskuję, kiedy aplikuję go w wiosenne, ciepłe dni. Według mnie warto jest poznać tę interpretację męskości przy aktualnych warunkach atmosferycznych (15-20°C). Być może i was zahipnotyzuje ta zielona woń. Jedynym minusem, o którym muszę wspomnieć jest to, że marka Frederic Malle została wykupiona przez koncern Estee Lauder, w wyniku czego zapach przeszedł (prawdopodobnie po cichu) delikatną reformulację, która pogorszyła mu parametry użytkowe. Starsze wersje bez większego problemu utrzymywały się na skórze przysłowiową dniówkę w pracy, zaś nowa często zanika już przy 4-5 godzinie po zaaplikowaniu. Jest to skandaliczne, szczególnie jeżeli płaci się ponad 850 zł za flakon 100 ml.

Twórca kompozycji: Pierre Bourdon

Nuty głowy: galbanum, przyprawy
Nuty serca: arcydzięgiel, kadzidło, cedr
Nuty bazy. wetyweria, mech dębowy, piżmo

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.

czwartek, 19 kwietnia 2018

Parfum d'Empire- Musc Tonkin

Dzisiaj przyjrzymy się z bliska zawodnikowi wagi ciężkiej, jakim jest Musc Tonkin. Kompozycja ta została wykreowana przez Marca-Antoine Corticchiato (perfumiarza i zarazem właściciela marki Parfum d'Empire). Jego celem było stworzenie zapachu, który będzie nawiązywał do piżma pochodzenia naturalnego. Jak już większość z was zapewne wie, obecnie w perfumiarstwie nie stosuje się naturalnych animalnych składników, tj. kastoreum, cybetu czy piżma (ze względów etycznych pozyskuje się je tylko w warunkach laboratoryjnych). W zależności od kompozycji, składniki syntetyczne potrafią raz lepiej, a raz gorzej naśladować swoje naturalne odpowiedniki. Cześć woni animalnych można również pozyskać poprzez tworzenie akordu (czyli połączenia kilku nut zapachowych)- on także potrafi wiernie odwzorować konkretny aromat. Najlepszym przykładem takiego zjawiska jest akord ambrowy, powstały wskutek połączenia w odpowiednich proporcjach absolutów benozesu, labdanum i wanilii. Poza ambrą, jedynym znanym mi w perfumiarstwie aromatem odzwierzęcym jest hyraceum. Znane również pod nazwą Golden Stone, powstaje poprzez krystalizowanie się uryny i odchodów Góralek przylądkowych. Wspominam o tym, bo jest to fundamentalny składnik tytułowych perfum.

Tuż po aplikacji z Musc Tonkin ulatnia się  specyficzna, zwierzęca nuta, która nawiązuje do perfum  lat 70-tych, takich jak Jovan- Musk. Trzeba od razu zaznaczyć, że zapach od Parum d'Empire stoi co najmniej kilka półek wyżej niż Jovan. Pomimo pewnych cech wspólnych, Musc Tonkin pachnie bardziej naturalnie, jest wielowymiarowy i dla większości osób trudniejszy w odbiorze. Po pewnym czasie animalna nuta ustępuje łagodnemu, cielesnemu akordowi, który przypomina mi zapach skóry nawilżonej preparatem do opalania. Powstały akord wydaje się być lekko słony, sexualny i jednocześnie animalny (choć już nie tak bardzo, jak w otwarciu). Na tym etapie Musc Tonkin przywodzi mi na myśl perfumy Francisa Kurkdjiana- Absolue Pour Le Soir, będące zapachem piżmopodobnym, stworzonym z połączenia  kminu, miodu, benzoesu i kilku innych składników pochodzenia naturalnego. Przypuszczam, że w zapachu od Parfum d'Empire również występuje miód i ylang-ylang, dlatego też przypominają mi one chwilami siebie nawzajem. W dolnych nutach wyczuwalny jest aromat piżma. Jestem niemal pewien, że jest to jego syntetyczny odpowiednik (białe piżmo), który leniwie rozwija się na tle wyciszonego już animalno-sexualnego akordu.

Pachnąc Musc Tonkinem czuję się, jakbym cofnął się w czasie o jakieś 50 lat. Kompozycja ta idealnie odzwierciedla lata 70-te, w których piżmo było jednym z najbardziej rozpoznawalnych składników występujących w perfumach. Naturalna interpretacja piżma wydana pod szyldem Parfum d'Empire bez cienia wątpliwości jest unisexem. Trzeba się jednak liczyć z tym, że ich koncepcja przemówi tylko do osób miłujących się w retro woniach. Według mnie zapach ten jest na tyle wszechstronny, że śmiało można używać go przez większość roku, chociaż najlepiej współgra na skórze w wiosennej lub jesiennej aurze. Zdaję sobie sprawę, że pomimo moich zachwytów i sentymentu do tej kompozycji, dla wielu osób będzie ona nie do przejścia i zostanie przekreślona zaledwie po kilku minutach. Musc Tonkin nie jest łatwym zapachem i trzeba do niego podejść parokrotnie, by pozwolić mu się oczarować. Warto podkreślić, że posiada bardzo dobre parametry użytkowe, dlatego też zdecydowanie zalecam umiarkowaną aplikację (w przeciwnym razie może się to skończyć traumą).

Twórca kompozycji: Marc-Antoine Corticchiato

Skład: hyraceum, miód, osmantus, ylang-ylang, tuberoza, piżmo

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.perfumeriaquality.pl.

wtorek, 17 kwietnia 2018

Lorenzo Villoresi- Theseus

Ciepła, słoneczna pogoda natchnęła mnie do opisania perfum idealnie współgrających z moją skórą w wiosennej aurze. Lorenzo Villoresi- Theseus jest niebanalną kompozycją, w której znajdziemy mix cytrusów, kwiaty oraz nuty drzewne. Analizując ich skład, miewam skojarzenia z przyrodą, która po głębokim zimowym śnie budzi się do życia. Bukiet Thesuesa wybrzmiewa naturalnie i dość delikatnie, jak na fakt, że został stworzony przez florenckiego perfumiarza- Lorenza Villoresiego. Porównując ten zapach do innych znanych mi jego dzieł (Uomo i Wild Lavender), dostrzegam pewne podobieństwa. Wspomniane wyżej kompozycje są bardzo ziołowe, suche i nieco wytrawne. Theseus na ich tle delikatnie się wyróżnia i dzięki temu jest przychylniej odbierany przez otoczenie. Po mojej dotychczasowej przygodzie z marką Lorenzo Villoresi zamierzam odkryć większość ich dzieł, ponieważ znane mi dotychczas perfumy, posiadają specyficzny charakter, urok oraz przyzwoite parametry użytkowe.

Skład tej kompozycji jest bardzo bogaty, co powoduje, że jest ona bardzo charakterna. W górnych nutach  Theseus uwodzi nas delikatną cytrusową wonią, przeplatającą się z nutami zielonymi, szałwią i gałką muszkatołową (rozwijającymi się w towarzystwie czarnego pieprzu). Ich otwarcie nawiązuje do wspomnianych w poprzednim akapicie Uomo i Wild Lavender, bowiem na tym etapie bukiet Theseusa wydaje się być suchy i bardzo ziołowy (nawet cytrusy, które występują w górnych nutach nie są podane w tak soczysty sposób, jak to ma miejsce w letnich, świeżych kompozycjach). Chwilę później zapach nabiera nowego oblicza za sprawą wetywerii i nut kwiatowych, będących fundamentem Theseusa. Soczyste korzenie wetywerii rozwijają się na słodko-pudrowym podkładzie powstałym w skutek wyłonienia się nut irysa i jaśminu. Delikatnie w tle do głosu dochodzi paczula z nutami drzewnymi, które tworzą balans pomiędzy słodyczą a zielonym akordem. Powyższe składniki uzupełnione zostają żywiczno-dymną nutą labdanum. W ostatniej fazie ewolucji wetyweria wysuwa się na pierwszy plan i rozwija na piżmowo-paczulowym tle.

 Lorenzo Villoresi- Theseus jest bardzo dobrym przykładem na to, że w dobrej cenie (ok. 380 zł za 100 ml) można zaopatrzyć się w wetyweriowe perfumy, które mają unikalny charakter i wyróżniają się na tle pozostałych z tej grupy. Kompozycja pachnie współcześnie i bez wątpienia jest unisexem. Połączenie nut kwiatowo-zielonych ujarzmia męski charakter wetywerii i wygładza jej oblicze. Aura tych perfum jest na tyle pozytywna, że mogą poprawić nam humor w pracy albo w pochmurny dzień. Według mnie Theseus jest idealnym wiosennym wyborem i zachęcam gorąco do testowania go.

Twórca kompozycji: Lorenzo Villoresi

Nuty głowy: cytrusy, bergamotka, nuty zielone, szałwia muszkatołowa, pieprz, gałka muszkatołowa, nuty kwiatowe
Nuty serca: wetyweria, irys, jaśmin, francuskie labdanum, paczula, nuty drzewne
Nuty bazy: piżmo, bursztyn, fasolka tonka, oud, skóra, wetyweria, paczula

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.

niedziela, 15 kwietnia 2018

Praga- wycieczka po lokalnych perfumeriach


W ubiegłym tygodniu miałem okazję ponownie odwiedzić Pragę, a przy okazji (poza piciem piwa) zrobić zwiad po lokalnych perfumeriach. Przed wyjazdem przygotowałem się i wybrałem dwie perfumerie niszowe, które zaplanowałem odwiedzić. Zwiedzając miasto natknąłem się wprawdzie na sieciówki tj. Douglas, Sephora oraz Notino, ale nie znalazłem w nich niczego, czego nie ma w Polsce.

Obie perfumerie, które chciałem odwiedzić mieszczą się w obrębie zabytkowego Starego Miasta i usytuowane są w stosunkowo małej odległości względem siebie. Pierwszym z odwiedzonych przeze mnie miejsc była Royal Perfumery Prague mieszcząca się przy ulicy 45 Václavské náměstí , Prague - 1 (w pobliżu Muzeum Narodowego). Podczas odwiedzin wyjątkowo zainteresowała mnie półka eksponująca większość linii zapachowych marki Caron, którą darzę ogromną sympatią. Udało mi się zapoznać mój nos z zapachami Pour Un Homme de Caron Sport, Yuzu Man i L'Anarchiste, których od dłuższego czasu poszukiwałem. Drugim brandem, który zwrócił moją uwagę był AK France, będący stosunkowo nowym graczem na rynku perfum. Dwie ich kompozycje uważam za interesujące- Sevan (paczula w bardzo przyjemnym wydaniu) oraz VL.P No.1 (orientalno-animalno-słodka woń). Pozostałe perfumy z oferty sklepu były mi w większości znane, dlatego nie spędziłem w nim więcej czasu i ruszyłem do perfumerii Egoist Royal Parfums (Husova 240/5, 110 00 Staré Město).

 W tym miejscu spędziłem zdecydowanie więcej czasu ze względu na ciekawszą ofertą oraz wyjątkowo przyjazną atmosferę. Lokal jest nieco większy, niż poprzedni i wyróżnia go duża ilość marek niszowych (część z nich nie jest dostępna w Polsce). Najwięcej czasu poświęciłem na zapoznanie się z pełną ofertą perfum MDCI, Franck Boclet oraz Dali Haute Parfumerie. Kompozycje MDCI podobały mi się najbardziej ze wszystkich. Moimi faworytami były dwa zapachy z rodziny fougeré (Invasion Barbare i La Barbier de Tanger) oraz jeden szyprowy (Chypre Palatin). Chypre Palatin był mi już wcześniej znany, ponieważ miałem kiedyś dekant podróżny tego zapachu, a nawet przymierzałem się do  kupna flakonu. 



Następnie poświęciłem czas dwóm kompozycjom, których nie mogłem powąchać nigdzie w Polsce: Montale- Aromatic Lime oraz Micallef- Spicy for Him. Pierwszy z nich okazał się być zapachem szyprowym bardzo zbliżonym do R. Pigueta- Bandit (o ponadprzeciętnych parametrach), zaś drugi w bazie przypominał mi "do bólu" jedną z moich ulubionych retro woni (Ted Lapidus- Lapidus Pour Homme). 
 


Jak to zwykle bywa w moim przypadku, na pamiątkę z podróży postanowiłem przywieźć sobie perfumy, które nie są u nas dostępne. Z tego powodu zdecydowałem się na markę Prudence. Szukałem zapachu odpowiedniego na ciepłą porę roku, a nie będącego zarazem typowym świeżakiem. W perfumerii z linii męskiej dostępne były takie pozycje, jak: Alexis, Augusto i Petr. Zdecydowałem się na zakup tego ostatniego, ponieważ klimatem najbardziej pasował do mojej kolekcji. W najbliższym czasie wezmę go pod lupę i opiszę moje odczucia na jego temat. Perfumerię Egoist Royal Parfums z czystym sumieniem polecam każdemu pasjonatowi perfum zwiedzającemu Pragę.



Ostatnim przystankiem mojej perfumeryjnej podróży po Pradze okazała się (zupełnie niespodziewanie) odwiedzona przeze mnie wystawa poświęcona Salvadorowi Dali oraz Andy'emu Warholowi, mieszcząca się w Gallery of Art Prague (Celetná 15, 110 00 Staré Město). Wybrałem się tam nie mając pojęcia, że na ekspozycji znajdę dwa rodzaje zestawów perfum Salvador Dali (również w miniaturze).




W części poświęconej Warholowi dostrzegłem również dwie słynne grafiki poświęcone perfumom Chanel nr. 5.


Moją olfaktoryczną wycieczkę po Pradze uważam za bardzo udaną i zachęcam Was do uwzględnienia wyróżnionych we wpisie miejsc podczas Waszych podróży.

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Givenchy- Insensé

Z okazji 50-tego wpisu na blogu zaplanowałem stworzyć wpis o perfumach, które bardzo sobie cenię. Z tego powodu miałem delikatny problem, który zapach powinienem wybrać, ponieważ darzę wielką  sympatią naprawdę wiele flakonów w swojej kolekcji. W pierwszej kolejności miał być to Versace- Blue Jeans. Jest to zapach, który towarzyszył mi przez bite 8 lat w okresie licealnym i na początku studiów. W drugiej kolejności pomyślałem sobie, że YSL- Kouros byłby również nie głupim wyborem, ale zdecydowałem, że zechcę o nim wspomnieć (i to nieco dłużej) dopiero przy setnym poście. Pomyślałem więc, że 50-ty wpis na blogu poświęcony będzie mojemu nowemu retro odkryciu z początku lat 90-tych. Rzecz jasna mowa o Givenchy- Insensé, który towarzyszył mi dość często na przestrzeni ostatnich tygodni. Perfumy te są w pewien sposób unikatowe; pod względem kompozycji nie znam innych woni, które przypominałyby bohatera wątku oraz byłyby tak ciężkie do zdobycia w rozsądnej cenie. Prawda jest taka, że natrafiłem na nie przez przypadek w lokalnej krakowskiej perfumerii i nie przepłaciłem za nie, dlatego uważam to za ogromny sukces.

Givenchy- Insensé stworzył w 1993 r. Daniel Moliere. Kompozycja została sklasyfikowana jako aromatyczno-fougére i w moim odczuciu jest ona dalekim kuzynem Paco Rabanne- Tenere oraz Perry Ellis- for Men. Insensé nie zawiera pełnej piramidy fougére; na pierwszym planie nie dominuje lawenda z mchem dębowym i kumaryną (jak to bywa w klasycznych kompozycjach tej grupy). Perfumy te charakteryzują się mocnym otwarciem, w którym bez wątpienia dominują aldehydy w duecie z czarną porzeczką. Tuż za nimi, w tle, można wyczuć delikatną cytrusową rześkość. Nuty głowy wybrzmiewają dość cierpko, soczyście i niezwykle aromatycznie. Nieco później do głosu dochodzą kwiaty takie jak irys, magnolia, konwalia. Uważam, że jedynie kwiat magnolii jest dość mocno zaakcentowany i dodaje lekkiego balsamiczno-słodkiego charakteru. W dolnych nutach znajduje się nuta jodły, wzbogacająca kompozycję o żywiczny akcent (przypominający zapach szyszki, bądź zielonych igieł). Finalnie Givenchy- Insensé utrzymuje swój bukiet niemal identycznie, jak tuż po aplikacji na skórę i pozwala nam cieszyć się naturalnie wybrzmiewającą i dość niespotykaną wonią.

Po poznaniu tego zapachu "po raz enty" zacząłem się zastanawiać, czemu nie produkuje się już takich perfum, jak kiedyś. Dlaczego firmy nie chcą dbać o swój wizerunek, starać się tworzyć unikatowe zapachy i robić to z charakterem? W jakim celu pojawiają się obecnie te masowe, okropne, słodko-syntetyczne ulepy, które zalały rynek i niemal wszystkie pachną tak samo? Dlaczego kiedyś domy mody Dior, Givenchy, Guerlain tworzyły zapachy premium, a teraz dostarczają do sklepów reformułowane popłuczyny lub wspomniane wyżej słodkie badziewie? Nigdy chyba nie zrozumiem, co się dzieje ze światem perfum, zwłaszcza po tym jak sięgam po zapachy z dawnych lat. Czy faktycznie jesteśmy zmuszeni szukać naturalnych, klasycznych kompozycji w niszy? Czy też może niebawem świat perfum wywróci się o 180 stopni i powróci do korzeni, czyli do tworzenia dzieł sztuki. Jedno jest pewne- warto wracać do takich pozycji, jaką bez wątpienia jest Givenchy- Insensé.

Twórca kompozycji: Daniel Moliere

Nuty głowy: aldehydy, czarna porzeczka, lawenda, mandarynka, bergamotka, cytryna, bazylia
Nuty serca: irys, magnolia, konwalia
Nuty bazy: jodła

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.

Franck Boclet- Tobacco