poniedziałek, 28 maja 2018

Wizyta Piotra Czarneckiego w Krakowie

  Nowe zapachy autorstwa Piotra
Pewnego zimowego poranka, kiedy dowiedziałem się, że niebawem będzie miała miejsce premiera trzech nowych zapachów autorstwa Piotra Czarneckiego, wpadłem na pomysł, aby zorganizować w Krakowie spotkanie autorskie powiązane z tym wydarzeniem. Krótka rozmowa z Piotrem i jego pozytywne nastawienie wobec mojego planu sprawiły, że postanowiłem go urzeczywistnić. Pamiętając, że na terenie Krakowa znajduje się perfumeria Lulua, będąca jedynym oficjalnym dystrybutorem perfum Piotra w Polsce, postanowiłem zaprosić ją do współorganizacji eventu.

Ja z Piotrem w Lulua

Spotkanie autorskie odbyło się 26 maja. Manager perfumerii Lulua zadbał, aby podczas spotkania zarówno Piotr, jak i wszyscy goście czuli się komfortowo. Przygotowano przytulną salkę w jednej z kamienic krakowskiego Kazimierza, dbając przy tym, aby na stole, obok perfum, pojawił się również słodki poczęstunek dla uczestników i prowadzącego.

Materiały promocyjne

Piotr rozpoczął swoje wystąpienie od zaprezentowana wybranych olejków zapachowych i omówienia ich specyfiki. Następnie łączył je w rozmaity sposób,  prezentując poszczególne wyniki i wchodząc w szczegóły różnych metod tworzenia perfum. Wystąpienie przeplatane było dyskusjami dotyczącymi rezultatów, jak również anegdotami z jego życia. Atmosferę podgrzewało nie tylko upalne powietrze, ale również fakt, że prowadzący ogłosił konkurs. Przygotowane zostało sześć niepodpisanych esencji zapachowych. Do osoby, która odgadnie ich największą ilość trafić miał box zawierający próbki wszystkich perfum autorstwa Piotra.

Mieszanie olejków zapachowych

Omawianie przygotowanej "mikstury"

Kolejna prezentacja mixu autorstwa Piotra

 Piotr w żywiole ;)

W dalszej części wystąpienia Piotr skupił się na przybliżeniu publiczności swoich nowych kompozycji: Kiviskin, Venom of Angel oraz Bluebijou. Opowiedział o swoich inspiracjach dotyczących ich tworzenia oraz umotywował użycie niektórych z ich składników. Na zakończenie spotkania ogłoszono rozwiązanie konkursu i wręczono nagrody. Ostatnia jego część miała zdecydowanie mniej oficjalny charakter. Uczestnicy i prowadzący wspólnie testowali perfumy Piotra i wymieniali się wrażeniami na ich temat. Dla osób, które zapragnęły wejść w posiadanie któregoś z zapachów, przygotowana została specjalna oferta. Perfumeria Lulua udzielała  tego dnia rabatu na perfumy Piotra dla uczestników wydarzenia.

Prezentacja blotterów z nowopowstałym zapachem

Analiza zapachu

Piotr w perfumerii Lulua przy regale z nowościami

Spotkanie autorskie zakończyło się, jednak nie był to koniec perfumeryjnych atrakcji tego dnia. Późnym popołudniem w jednej z restauracji na barce miało miejsce spotkanie facebookowej grupy Polska Pachnąca. Razem z Piotrem wzięliśmy w nim udział i podobnie jak wszyscy zgromadzeni wymienialiśmy się opiniami na temat różnych perfum w towarzystwie bardziej i mniej wyskokowych napojów.

Spotkanie grupy Polska Pachnnąca na Barce
Uśmiechnięta Klaudia - Sabbath

Na zakończenie chciałbym podziękować wszystkim zaangażowanym w wydarzenie, szczególnie współorganizatorowi- perfumerii Lulua oraz prowadzącemu Piotrowi Czarneckiemu. Z Piotrem ponownie spotkamy się z Krakowie przy okazji planowanych na ten rok warsztatów dotyczących kreowania własnych perfum.      

piątek, 18 maja 2018

Wywiad z Piotrem Czarneckim


Piotr Czarnecki jest polskim perfumiarzem i instruktorem tańca. Zapachami interesował się niemal od najmłodszych lat i za każdym razem kiedy poczuł jakąś ciekawą woń, starał się zidentyfikować ją oraz rozłożyć na poszczególne składniki. Piotr od dawna kreował  zapachy, które cieszyły się szczególnym uznaniem wśród jego podopiecznych ze szkoły tańca. Jedna z jego kompozycji była na tyle intrygująca, że pod wpływem pozytywnych reakcji otoczenia, w 2014 r. zdecydował się zgłosić ją na międzynarodowy plebiscyt perfumeryjny The Art and Olfaction Awards For Excellence in Perfumery. Jak się później okazało decyzja była słuszna, bowiem perfumy Piotra zostały wyróżnione w TOP 10. Więcej informacji w wywiadzie poniżej.



Jakub: Cześć Piotr! Opowiedz nam trochę o sobie. Co było pierwsze- taniec, czy perfumy?

Piotr: Perfumy fascynowały mnie od czasów dzieciństwa. Do dziś pamiętam zapach o nazwie „Czang”, którego używała moja ciocia Jadzia. W domu był również bezimienny flakonik perfum o zapachu fiołka, który stał nieużywany od lat, a mnie bardzo fascynował (co jakiś czas podkradałem kropelkę). Pierwsze perfumy zrobiłem z kolegami z dzieciństwa, zalewając wodą płatki dzikich róż zebrane w Starym Ogrodzie  (obok którego mieszkałem). W szkole jako licealista zobaczyłem plakat, ktry zachęcił mnie do zapisania się na zajęcia taneczne. Z zespołem zwiedziłem całą Europę. Później, na studiach, w przeciągu dwóch lat zdobyłem wszystkie możliwe klasy taneczne i zacząłem tańczyć zawodowo. Kiedy urodziła mi się córka miałem coraz mniej czasu na taniec sportowy i zacząłem prowadzić zajęcia w klubie tanecznym w Olsztynie. Po studiach wróciłem do Radomia i otworzyłem szkołę tańca. Zapachami zajmowałem się hobbystycznie, kupowałem olejki na pchlich targach i w sklepach zielarskich. Sprowadzałem trudno dostępne olejki z pomocą znajomej aptekarki. Organizowane przeze mnie imprezy taneczne miały swój własny, skomponowany i przemyślany przeze mnie zapach, który rozpylałem przed ich rozpoczęciem. Zacząłem również robić perfumy dla siebie i używać ich prowadząc zajęcia w studio tańca. Niektóre podobały się uczestnikom, którzy czasami prosili mnie o skomponowanie zapachu dla nich. Kiedyś zrobiłem zapach, którego użyłem na kurs tańca i dwie uczestniczki go skomplementowały. Zapamiętałem to, a butelkę z perfumami włożyłem do szuflady. Leżała tam rok, kiedy w internecie przeczytałem o konkursie Art & Olfaction Awards. Wysłałem je tam myśląc ''niech sobie powąchają, co tam w Polsce potrafią zmieszać". Liczyłem raczej na zaskoczenie komisji, a nie sukces. Po dwóch miesiącach dostałem informację, że jestem w finale. W kwietniu byłem już gościem Polskiej Ambasady, której ówczesny szef objął nawet patronat tej imprezy i był gościem finałowego eventu rozdania nagród. Tak właśnie się to wszystko zaczęło.

 Piotr podczas wizyty w USA

Jakub: Jesteś kreatywną osobą. Poza tworzeniem perfum równolegle prowadzisz szkołę tańca- jak łączysz ze sobą te dwie pasje?

Piotr: Prowadzenie studio tańca to zawód, który wynika z mojej dawnej pasji. Cenię sobie kontakt z ciekawymi ludźmi, młodzieżą i dziećmi. Perfumy to hobby i odskocznia od zajęć tanecznych. Zarówno w jednym, jak i w drugim najtrudniejsze są sprawy biurowe i organizacyjne. Komponowanie perfum i taniec są dla mnie przyjemnością i pasją. Trudno byłoby mi z którejś zrezygnować. Z tego powodu nadałem firmie nazwę ''SCENT of DANCE''.

Jakub: Twoja perfumeryjna kariera na światową skalę zaczęła się po ogromnym międzynarodowym sukcesie kompozycji „Sensei” (obecnie „Shihan”). Co było inspiracją do stworzenia tych perfum?

Piotr: Spośród wszystkich olejków, absolutów i ekstraktów moimi ulubionymi były te najcięższe. Dymne, żywiczne, bogate, ale i ciepłe składniki. Do kompozycji „Shihan” użyłem prawie wszystkiego, co lubię najbardziej. Zapach Virginia Tobacco, arabskiej kawy w towarzystwie whiskey, był dla mnie odzwierciedleniem klimatu klubu gentlemanów i woni prawdziwego mężczyzny. Piżmo dodało cielesności, przyprawy pikanterii i ciepła, a labdanum delikatnego, skórzanego powiewu. Zapach jest na tyle uniwersalny, że pasuje do klubu salsy w Hawanie, klubu businessmana w Tokio, czy klimatycznej kawiarni w Krakowie.

Finały The Art and Olfaction Awards (czwarty zapach od lewej strony to Sensei w pierwotnym wydaniu).

Jakub: Po sukcesie „Sensei” w 2014 r. stworzyłeś perfumy dla kobiet o podobnej nazwie. Czy żeńska odsłona „Sensei” również była laureatem konkursu? A może jest to zupełnie odrębna historia?

Piotr: „SHE loves Shihan” powstała rok później. Wiele kobiet chwaliło „Shihan”, ale pytało jednak, czy nie zrobiłbym czegoś, co byłoby wzorowane, ale bardziej ukierunkowane dla kobiet. Pomysł połączenia wanilii, róży i śliwki podsunęła mi moja perfumeryjna przyjaciółka, kolekcjonerka i miłośniczka perfum kryjąca się pod imieniem Jo Bond. Pierwsza wersja tego połączenia pachniała jak lakier do paznokci. Któregoś wieczoru wpadłem na pomysł, by różę damasceńską zastąpić różą górską i zmienić rodzaj wanilii. Zapach na tyle się spodobał, że postanowiłem wprowadzić go do produkcji.

Jakub: Gdzie aktualnie można zaopatrzyć się w dwa opisane wyżej flakony („Shihan”, „Shihan She”)? Według moich informacji poza Polską dostępne są również w Ameryce- czy to prawda?

Piotr: Po konkursie w Los Angeles odbyło się afterparty w Cactus Lounge, gdzie podszedł do mnie Franco, właściciel słynnego hollywoodzkiego SCENT BAR. Zapytał o możliwość współpracy i sprzedaży moich perfum u nich w perfumerii oraz w internetowej perfumerii Luckyscent. Oczywiście zgodziłem się. Na początku zapach był dostępny jako produkt hobbystyczny w potrójnej butelce z różnymi koncentracjami w ręcznie robionym pudełku. Dziś to już bardzo trudno dostępny unikat.  Opracowanie produktu kosmetycznego zgodnego z wszelkimi normami (możliwego do sprzedaży we wszystkich perfumeriach) trwało rok, ale udało się. Do dziś Luckyscent i SCENT BAR wraz z perfumerią LULUA w Krakowie są moimi głównymi dystrybutorami. Moje perfumy można również kupić w moim sklepie internetowym oraz w studio w Radomiu.

 Shihan  w Scent Bar

Jakub: Pora na pytanie z nieco innej półki. Przez trzy lata od premiery „Shihan She” nie były znane Twoje plany na perfumeryjną karierę, aż do teraz, kiedy  w jednej chwili pojawiają się aż trzy nowe zapachy Twojej produkcji: Bluebijou, Venom of Angel i Kiviskin. Opowiedz proszę ich historię oraz zdradź, skąd zaczerpnąłeś pomysły na ich nazwy?

Piotr: Codziennie mieszam jakąś małą próbkę, zainspirowany czymś z wyobraźni, czasem zapachem jaki poczułem w ciągu dnia. Podsuwam potem te próbki rodzinie i znajomym do oceny. Niekiedy reakcje są zaskakujące, a bywają bardzo pozytywne. Do niektórych z tych próbek sam wracałem, bo czułem, że mają w sobie ten x-factor i chciałem ponownie poczuć ich zapach. Używałem ich w sytuacjach codziennych jako perfum i zyskiwały wiele pozytywnych opinii. Tym razem chciałem utrzymać się w konwencji niszy, komponując jednak perfumy które będą podobały się również odbiorcom tradycyjnej perfumerii, ale zachowując przy tym własny styl. Nazwa „Bluebijou” wzięła się z zawartości kompozycji- są w niej jagody i fiołki, których kolor kojarzy się jednoznacznie, a dodatki egzotycznego drewna i składników kaszmirowych przywodzą mi na myśl nowoczesną biżuterię. Szorstkość skórki owocu kivi (jego kwaskowy, odświeżający aromat) i kolor miąższu dodatkowo przyprawionego  pimento i gałką muszkatołową z nutami skóry, orzecha na ambrowo-wetiwerowej bazie, nasunęło mi przekornie brzmiącą nazwę KIVISKIN (mimo że owocu kivi w tym zapachu nie ma). Siedząc z przyjaciółmi przy kieliszku wina zastanawialiśmy się nad przeciwieństwem słowa „angel”. Kolega wpadł na pomysł że „Venom of angel” będzie pasowało, ponieważ jednym ze składników jest sakralne kadzidło i pikantny czarny pieprz.

Jakub: Czy uważasz, że trzy nowe zapachy powtórzą sukces „Shihan’a”, z którym jesteś identyfikowany w świecie perfum? Czy może obawiasz się, że sława tego pierwszego rzuci cień na Twoje nowości z dorobku perfumeryjnego?

Piotr: W ciągu czterech lat od konkursu miałem setki zapytań o to, czy stworzę coś jeszcze, czy będą jeszcze jakieś inne zapachy mojego autorstwa. Wahałem się  z produkcją zapachów osadzonych w głębokiej niszy, wiedząc że motorem sprzedaży jest zawsze reklama, jaką niesie ze sobą sukces zapachu. W związku z tym postanowiłem wyprodukować zapachy łączące ze sobą niszową oryginalność i tradycję perfumeryjną, trafiające w gusta szerokiego grona odbiorców. „Shihan” został doceniony na konkursie i dzięki niemu stał się sławny. Mam nadzieję, że „Venom of angel”, „Bluebijou” i „Kiviskin” rozsławią się przez wzgląd na sam zapach.



Jakub: Miałem okazję poznać wszystkie Twoje kompozycje zapachowe i uważam, że każda z nich jest wyjątkowa. Nie ma mowy o wtórności, z jaką spotykamy się obecnie w przypadku perfum niszowych. Po cichu liczę na to, że odbiorcy również zachwycą się nimi.

Jakub: Czy uchylisz rąbka tajemnicy i zdradzisz, jakie masz olfaktoryczne plany na najbliższy rok?

Piotr: Mam w planie skomponowanie kilku olejków zapachowych z przeznaczeniem do wnętrz urządzonych w różnym stylu i klimacie, a także limitowanej serii dwóch lub trzech ekskluzywnych zapachów w wersjach na rynek europejski i arabski. Może któryś z nich zgłoszę w tym roku do konkursu?


Jakub: Na zakończenie chciałbym Ci bardzo podziękować za poświęcony mi czas. Spotykamy się za tydzień 26.05.2018 w Krakowie na Twoim spotkaniu autorskim, gdzie podzielisz się z nami nieco obszerniej informacjami związanymi z Twoją perfumeryjną karierą.

Wszystkich zainteresowanych  zapraszam  do zapoznania się zarówno ze starymi, jak i nowymi perfumami stworzonymi przez Piotra Czarneckiego.  Możecie zaopatrzyć się w nie w perfumerii Lulua (stacjonarnie i poprzez sklep internetowy) oraz bezpośrednio na stronie Piotra: www.piotrczarnecki.net/pl

wtorek, 15 maja 2018

Hermès- Terre d'Hermès Eau Très Fraîche

Po niewątpliwym sukcesie, jaki odniósł Hermès w 2006 r. poprzez wypuszczenie na rynek perfum Terre d'Hermès, brand postanowił poszerzyć swoją ofertę o dwa flankery. Pierwszym z nich jest Terre d'Hermès Parfum, wzbogacony o nutę benzoesu i akord mineralny. Jego pojawienie się na rynku nie było tak spektakularne, jak w przypadku protoplasty, ale w dalszym ciągu cieszy się on sporym zainteresowaniem. Obydwa zapachy charakteryzują się mocną i wyrazistą projekcją oraz cytrusowo-drzewnym DNA (tym samym dyskwalifikowało je to z kategorii zapachów letnich). Kolejnym krokiem w kierunku rozwinięcia linii Ziemi Hermèsa było opracowanie lżejszego zapachu, który mógłby zastąpić wiernym fanom ich ulubione perfumy w okresie letnim. Mając to na uwadze w 2014 r. Jean-Claude Ellena postanowił zinterpretować klasycznego Terre d'Hermès w postaci "Bardzo Świeżej Wody" (Eau Très Fraîche). Kompozycja okazała się znakomitą alternatywą na gorące dni (w moim prywatnym rankingu umieszczam ją na drugim miejscu, zaraz po Dior- Homme Cologne 2013).

Tak, jak w przypadku Terre d'Hermès, Eau Très Fraîche otwiera się aromatem soczystej pomarańczy, wzbogaconym o cytrusowy akord i nutę wodną. Nos podpowiada mi, że mix cytrusów zawiera w sobie nutę bergamotki, która delikatnie zmiękcza powstały bukiet, a nuty wodne nie dominują kompozycji tak, jak np. w perfumach Dolce & Gabbana- Light Blue Living Stromboli. Największa różnica pomiędzy protoplastą a Eau Très Fraîche pojawia się w górnych nutach. Zapach jest zdecydowanie mniej szorstki i suchy; pozbawiony jest również nuty pieprzu i w pierwszych chwilach po aplikacji nie zanosi się na to, że będzie on nawiązywał do Terre d'Hermès. Jednak im dalej w las, tym obydwie kompozycje stają się do siebie bardziej podobne. Wspólnym ogniwem dla nich jest geranium wyłaniające się w sercu zapachu. Na tym etapie cytrusy wyciszają się i tworzą delikatny podkład dla tego kwiatu. Baza wydaje się być najmniej spektakularna spośród wszystkich etapów rozwoju tych perfum- jest dość cicha i nabiera drzewno-balsamicznego charakteru. Nie zawiera wetywerii (jak w przypadku Terre d'Hermès), tym samym podkreślając swoje łagodne, letnie oblicze.

Hermès- Terre d'Hermès Eau Très Fraîche pachnie bardzo naturalnie i przyjemnie. Nosząc go, nie da się przejść bez zwrócenia na siebie uwagi (szczególnie tuż po aplikacji). Jean-Claude Ellena po raz kolejny sprostał zadaniu i udowodnił, że świeże perfumy wcale nie muszą być banalne. Kompozycja jest na tyle przyjemna w odbiorze, że wachlarz jej zastosowań jest ogromny. Bez wątpienia perfumy te sprawdzą się jako zapach całoroczny, oficjalny, czy też wypoczynkowy na upalne dni. Tak, jak w przypadku ostatnio opisywanego Dior- Homme Cologne 2013 uważam, że Eau Très Fraîche również pięknie się ułoży na kobiecej skórze (w moim odczuciu klasyfikuje go jako unisex). Kolejną zaletą opisywanych perfum jest ich cena, która waha się w okolicach 350 zł za 200 ml! Posiadając tak duży flakon, bez większego zastanowienia, możemy obficie aplikować je na siebie i rozkoszować się ich bukietem.

Twórca kompozycji: Jean-Claude Ellena

Nuty głowy: pomarańcza, cytrusy, nuta wodna
Nuty serca: geranium
Nuty bazy: nuty drzewne, paczula, cedr

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.

sobota, 12 maja 2018

Konkurs- Piotr Czarnecki



Drodzy Czytelnicy! Ze względu na zbliżające się spotkanie autorskie z Piotrem Czarneckim w Krakowie, postanowiliśmy wspólnie zorganizować dla Was konkurs. Nagrodami będą dwa sample boxy (5 x 1ml), jak na zdjęciach poniżej. Więcej informacji na temat zawartości boxa znajdziecie w linku.



REGULAMIN KONKURSU

1. W celu wzięcia udziału w konkursie należy:
 - polubić profil bloga Feel it today na Facebooku;
 - opisać w kilku zdaniach swoje odczucia na temat ulubionych perfum autorstwa Piotra Czarneckiego i uzasadnić swój wybór.
Swoje opisy proszę zamieszczać w komentarzach pod  postem na Facebooku związanym z konkursem. Zastrzegam sobie, że zgłoszenia (opisy) zamieszczone w innym miejscu nie będą brane pod uwagę. 
2. Spośród opublikowanych odpowiedzi wybiorę dwie najciekawsze i nagrodzę je boxami.
3. Start konkursu: 12.05.2018 r.
Zakończenie: 22.05.2018 r.
Wyniki 23.05.2018 r. 

4. Jednocześnie informuję, że wzięcie udziału w konkursie oznacza wyrażenie zgody na późniejsze wykorzystanie opisów w celach marketingowych i reklamowych przeze mnie i Piotra Czarneckiego (nie używając danych osobowych autora opisu).

piątek, 11 maja 2018

Dior- Homme Cologne 2013

Od kilkunastu dni za oknem panuje słoneczna i zarazem ciepła aura, dlatego też postanowiłem w najbliższym czasie opisywać świeże zapachy, które idealnie wpasowują się w letnią scenerię. W dużej mierze opisywane perfumy będą wybranymi przeze mnie kompozycjami z działu selektywnego, w mniejszej części niszowego oraz retro. Nie miejcie mi jednak za złe, jeżeli latem raz na jakiś czas zrobię wpis o perfumach cięższego kalibru ;) . Pierwsza recenzja poświęcona jest jednej z najbardziej energetyzujących, świeżych i naturalnie pachnących wód toaletowych (pomimo nazwy Cologne), jaką możemy zastać na półce perfum selektywnych. 

Tak prawdę mówiąc Dior- Homme Cologne nie powinien być flankerem linii Homme ze względu na to, iż w swoim składzie nie posiada irysa, który jest jej fundamentalnym składnikiem. Wersja Homme Cologne z 2007 r. poniekąd nawiązywała do protoplasty (skóra, irys, kakao), zaś Homme Cologne 2013 bardziej przypomina uwspółcześnioną wodę kolońską o wielu zastosowaniach. Pomijając ten szczegół, trzeba przyznać, że Francois Demachy stworzył kawał dobrego pachnidła.

Z pozoru łatwy, trzyskładnikowy zapach pokazuje nam, że w prostocie tkwi piękno. Jeżeli byłbym zwolennikiem świeżych męskich zapachów, przypuszczam, że mógłbym zaprzestać poszukiwań właśnie na Dior- Homme Cologne 2013. Nie sposób w obecnym mainstreamie znaleźć konkurenta, który tak wiernie oddaje woń cytrusów. Pierwszy kontakt z tymi perfumami jest hipnotyzujący dla odbiorcy, bowiem kalabryjska bergamotka wyłaniająca się od razu po kontakcie ze skórą jest naturalna i energetyzująca. Chwilami odnoszę wrażenie, że czuję jej soczystość, jak w przypadku świeżo wyciśniętego soku z cytryny (który jest mniej cierpki). W środkowych nutach mocno zaakcentowany jest kwiat grejpfruta, nadający lekkiej gorzkości oraz nowego wymiaru. U kresu kompozycja nabiera delikatnej,  animalnej słodyczy za sprawą piżma, które otula naszą skórę i nadaje lekkiego kontrastu do gorzko-cytrusowego akordu.

Jakość użytych olejków eterycznych w Dior- Homme Cologne 2013 całkowicie rekompensuje wysoką cenę produktu (ok. 330 zł za  125 ml). Parametry użytkowe prezentują się na wysokim poziomie i raczej można być pewnym, że zapach będzie trzymał się skóry przez 5-7 h. Z moich obserwacji wynika, że kompozycja ta jest bardzo komplementowana przez kobiety, co czyni ją jeszcze bardziej atrakcyjną w męskim kręgu. Homme Cologne 2013 ma szeroki wachlarz zastosowań i ze względu na nowoczesną kolońską formułę możemy go używać jako zapachu formalnego, sportowego (przy mniejszej aplikacji), czy podczas wypoczynku. Odnoszę również wrażenie, że pomimo dopisku Homme (tł. mężczyzna) w nazwie, kobiety również mogłyby czuć się w nim lekko i przyjemnie.

P.S.: Wydaje mi się, że poniższe zdjęcie idealnie odzwierciedla naturę tego zapachu.



Twórca kompozycji: Francois Demachy

Nuty głowy: kalabryjska bergamotka
Nuty serca: kwiat grejpfruta
Nuty bazy: piżmo

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.

środa, 9 maja 2018

Prudence- Petr

Nim skupię się na recenzjach męskich perfum na lato, postanowiłem opisać mój nabytek z ostatniej wycieczki do Pragi. Marka Prudence znana jest głownie z damskich kompozycji (których posiada w swoim portfolio ponad 20), a także kilku unisexów oraz pięciu zapachów męskich. W praskiej perfumerii Egoist Royal miałem okazję zapoznać się z Alexandre, Augusto oraz bohaterem wpisu- Petrem. Spośród trzech wymienionych powyżej, to właśnie Petr przyciągnął moją uwagę, bowiem przypominał mi znany od dawna, przyjemny zapach, którego nie potrafiłem wówczas zidentyfikować. Przy pierwszym kontakcie z nim ciężko mi było również uwierzyć, że powstał on w 2015 r., ponieważ swoim bukietem idealnie odzwierciedla zapachy minionych lat, czy nawet dziesięcioleci. Zapoznawszy się z nim bliżej, poczułem swoisty powrót do przeszłości.

Po aplikacji perfum na skórę można rozkoszować się aromatem świeżych cytrusów i werbeny. Następnie powyższy soczysty i zarazem świeży akord ochładza się za sprawą mięty oraz lawendy, które już na wstępie ukierunkowują zapach w męską stronę. Jeszcze bardziej samczy akcent zostaje wyeksponowany przez nutę bazylii, która uwalnia się nieco później (wciąż w nutach głowy). W kolejnej fazie rozwoju Petr przypomina mi oldschoolowy zapach z lat 90-tych: Cartier- Pasha, w którym bardzo ważną rolę odgrywa mięta, kolendra oraz lawenda. Podobieństwo do Pashy nie powinno być zaskakujące, ponieważ Petr zawiera wszystkie wyżej wymienione trzy nuty zapachowe (rozwijające się na aromatyczno-drzewno-przyprawowym tle). W nutach serca, zapach staje się nieco bardziej zielony oraz pikantny za sprawą wyłonienia się woni dzięgla, różowego pieprzu i cynamonu. Baza tych perfum jest dla mnie najprzyjemniejszą spośród wszystkich faz; odnoszę wrażenie, że kompozycja pachnie jak krem lub mydło do golenia i chwilami nawiązuje do kolejnej retro klasyki, jaką jest Drakkar Noir (produkcji Guy Laroche). Takie porównanie nie powinno dziwić, bowiem baza obydwu zapachów jest niemal identyczna (paczula, cedr, jodła, wetyweria, mech dębowy). Rzecz jasna Petr nie jest wierną kopią Pashy ani Drakkar Noir, jednak mają one ze sobą więcej wspólnego, niż mniej.  

Prudence- Petr okazują się być bardzo ciekawym zapachem, nawiązującym do woni lat 80-tych i 90-tych. Nie sposób odmówić im klasy. Same w sobie są na tyle przyjemne i bezpieczne, że mogą być stosowane przez cały rok. Nosząc je w ciepły, wiosenny dzień czułem się komfortowo i przyjemnie. Projekcja tych perfum jest raczej mała, dzięki czemu nie narzucają się one otoczeniu i są dość bezpiecznym wyborem na zapach do pracy. Trwałość jest prawdopodobnie ich największą wadą, gdyż znikają ze skóry po upływie ok. 5-6 h. Przy cenie ok. 350 zł za 100 ml wymaga się jednak troszkę więcej. Pomimo tego uważam, że w obecnych czasach Petr jest ciekawą alternatywą dla fanów perfum w klimacie Pashy, bądź Drakkara.

Twórca kompozycji: brak danych

Nuty głowy: cytron, mandarynka, lawenda, bazylia, werbena, mięta pieprzowa
Nuty serca: kolendra, dzięgiel, różowy pieprz, cynamon
Nuty bazy: mech dębowy, paczula, piżmo, cedr, jodła balsamiczna, wetyweria

Zdjęcie nr 1 do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.parfumart.ru

niedziela, 6 maja 2018

Lancôme- Trophée


Moja majówka dobiegła końca, dlatego też postanowiłem opisać perfumy, w których wypoczywałem w te ciepłe dni. Lancôme- Trophée był zakupem typu blind buy. Poza nutami zapachowymi przedstawionymi na portalu fragrantica.pl nie wiedziałem nic na ich temat. Mimo tego klasyczna piramida szyprowa, która w nich występuje skusiła mnie do ich zakupu. Po kilku testach globalnych zapach okazał się strzałem w dziesiątkę. Równocześnie zastanawiał mnie fakt, że w grupach perfumeryjnych oraz na forum, na którym się udzielam, było bardzo mało informacji na ich temat. Przy pomocy wujka Google dowiedziałem się, że Lancôme- Trophée zostały wydane w 1982 r. na cześć prestiżowego turnieju golfowego, który miał miejsce cyklicznie we Francji w latach 1970-2003. Wygląda na to, że posiadany przeze mnie flakon pochodzi z 1986 r. jest drugą formułą. Są to obecnie najstarsze perfumy w mojej kolekcji. Ciekawe jest to, że jego atomizer rozpyla zapach tak jak najnowsze flakony od Diora- Very Cool Spray, co czyni go naprawdę fajną zabawką.

W otwarciu kompozycja nawiązuje nieco do zapachu klasycznych wód kolońskich. Soczyste i gorzkie cytrusy tworzą bardzo przyjemną aurę i upodabniają się chwilami do takich perfum, jak Lacoste- Original, czy Geoffrey Beene- Bowling Green. Na tym etapie jest zielono, cierpko i bardzo retro. Przypuszczam, że nie każdemu spodoba się powstały bukiet, jednak jeżeli przekonacie się do niego, w sercu zapachu zrobi się jeszcze bardziej przyjemnie. W wyniku wyłonienia się nuty lawendy perfumy stają się chłodne, a towarzystwo soczystego liścia laurowego ukierunkowuje ich rozwój w męską stronę. Bardzo przyjemnym kontrastem dla powstałego akordu jest jaśmin, który nadaje lekko kwiatowej słodyczy i w pewien sposób niweluje powstałą cierpkość z początkowych faz rozwoju. Baza kompozycji jest bardzo klasyczna, drzewna i nie wyróżnia się niczym specjalnym na tle innych zapachów szyprowych. Trophée mocno się wycisza w tej fazie rozwoju- zapach zostaje zdominowany przez cierpki mech dębowy, piwniczną paczulę oraz lekko żywiczne labdanum. Powyższe nuty rozwijają się na słodkim, piżmowym tle, podbitym fasolką tonką.


Lancôme- Trophée to bardzo przyjemne szyprowe perfumy przygotowane w stylu retro. Idealnie nadają się do noszenia w upalną pogodę. Spędziłem w nich niemal cały ubiegły tydzień i już teraz mogę powiedzieć, że w wolnych chwilach będę wracał do nich z uśmiechem. Paradoksalnie ich największym atutem, a zarazem wadą, jest ich atomizer, który rozpyla tak delikatnie chmurę aromatu, że chce się nim psikać non stop. Trzeba się jednak liczyć z tym, że przez częstą zabawę możemy wypsikać bardzo dużo cieczy (tak też było w moim przypadku :P). Wracając jednak do parametrów użytkowych- pozostawiają wiele do życzenia (po 3-4 godzinach trzeba się ponownie "dopsikać", aby móc rozkoszować się tą wonią). Uważam jednak, że flakon-gadget wynagradza ten defekt.

Twórca kompozycji: brak danych

Nuty głowy: petitgrain, cytryna, lima, bazylia
Nuty serca: lawenda, jaśmin, liść laurowy
Nuty bazy: piżmo, labdanum, paczula, mech dębowy, cedr, bursztyn, fasolka tonka 

Zdjęcie nr 1 do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.ebay.com

środa, 2 maja 2018

Zoologist- Hyrax

Dzisiejszy wpis jest skupiony na kolejnej tegorocznej premierze kanadyjskiej marki Zoologist (przewidzianej na drugą połowę czerwca). Hyrax jest zdecydowanie najbardziej animalnym zapachem z całego portfolio tego brandu, natomiast jego starszy brat Beaver (w pierwszej formule) to przy nim przysłowiowa kaszka z mleczkiem ;). Twórcą tej niepozornej bestii (widocznej także na etykiecie) jest Sven Pritzkoleit. Autor zapachu z wykształcenia jest farmaceutą, który pokochał na tyle świat perfum, że postanowił nauczyć się rzemiosła ich kreowania i obecnie posiada całkiem bogaty olfaktoryczny dorobek. Większość zapachów Svena została wydana pod szyldem SP Parfums- jego prywatnej marki. Impulsem do podjęcia współpracy z Zoologist było zapoznanie się z perfumami Civet podczas Olfaction Award Show 2017 w Berlinie. Po kilku rozmowach z Victorem Wongiem (dyrektorem brandu), perfumiarz przedstawił mu swoją wizję na poszerzenie rodziny zwierząt o Hyrax. Przyznam się szczerze, że bardzo długo czekałem, aby zapoznać się z tymi perfumami. Po każdorazowym kontakcie z nimi czułem jedną z najbardziej bestialskich i animalnych woni w swoim życiu,  a sam zapach zwyczajnie przerósł mnie.

Zanim opiszę woń perfum, chciałem zaznaczyć, że Hyrax jest pierwszym zapachem w portfolio marki, który zawiera odzwierzęcy składnik- hyraceum (lub inaczej Golden/African  stone). Jest on skamieniałym ekstraktem odchodów Góralek przylądkowych. Wprawdzie żadne zwierze nie ucierpiało podczas tworzenia tych perfum,  ale nie są one wegańskie.  

Zapach sam w sobie jest bardzo ciężki, brudny i przede wszystkim fekalny. Na skórze (o dziwo) pachnie nieco lżej i mniej ordynarnie, niż podczas wachania atomizera. Pomimo tego uważam, że tylko prawdziwi wyjadacze, fetyszyści lub koprofile będą używać go z radością. Otwarcie charakteryzuje się nieco żywiczno-suchym, pieprzowym rozpoczęciem, które niemal w mig zostaje zdominowane przez hyraceum. Do kooperacji z powyższym akordem dołącza się słodko-kwiatowa nuta hiacyntu, styraks oraz whiskey, w wyniku czego powstały bukiet przypomina mi (przepraszam za określenie) "zapach" żula, który niedawno skończył libację i nie wytrzymał z potrzebą. Wydaje mi się także, że nie przesadzam z tą interpretacją, ponieważ zapach nasila się w bazie za sprawą uwolnienia kolejnych animalnych nut, jakim są cybet i kastoreum. Powstały akord (w zależności od pogody) raz kojarzy mi się z zapachem panującym w pawilonie małp w ZOO, a czasami ze świeżo nawożonym końskim łajnem polem. Na moje szczęście kompozycja wycisza się w bazie, staje się nieco bardziej animalno-drzewna i zaczyna przypominać  Dior- Leather Oud, Mona di Orio- Cuir, Amouage Figment, czy inną kompozycję skórzano-agarową, podbitą animalną nutą. Prawdę mówiąc dopiero na etapie bazy jestem w stanie zaakceptować tę kompozycję. Nie dajcie się podpuścić etykietce, czy grafice z kampanii reklamowej, bowiem Hyrax w interpretacji Svena Pritzkoleita to prawdziwe zwierze na sterydach (mające ogromne problemy gastryczne) ;).


Zamysłem Svena było utworzenie perfum, które wywołają szok wśród społeczeństwa. W jednym z przeczytanych przeze mnie wywiadów wspomniał również, że uwielbia mieszać nuty animalne z drzewnymi. Biorąc pod uwagę oba kryteria, osiągnął wszystkie wyznaczone cele tworząc Hyraxę. Komukolwiek nie podłożę ją pod nos, osoba ta relacjonuje, że czuje się, jakby dostała w niego pięścią. Odnoszę również wrażenie, że perfumy te są tak naprawdę sztuką dla sztuki i mało kto będzie chciał ich używać. Kończąc w nieco żartobliwy sposób, moja piramida zapachowa dla tego zapachu przedstawiałaby się nastepująco:

Top: molekuła żula
Mid: akord świeżo nawożonego pola
Bot: pasta kiwi do skórzanego obuwia

P.S.:Przy okazji testów pamiętajcie, że was ostrzegałem!

Twórca kompozycji: Sven Pritzkoleit

Nuty głowy:  elemi, różowy pieprz, szafran, róża 
Nuty serca: hyraceum, hiacynt, styraks i whiskey
Nuty bazy: hyraceum, hiacynt, styraks i whiskey

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.

Franck Boclet- Tobacco