piątek, 18 maja 2018

Wywiad z Piotrem Czarneckim


Piotr Czarnecki jest polskim perfumiarzem i instruktorem tańca. Zapachami interesował się niemal od najmłodszych lat i za każdym razem kiedy poczuł jakąś ciekawą woń, starał się zidentyfikować ją oraz rozłożyć na poszczególne składniki. Piotr od dawna kreował  zapachy, które cieszyły się szczególnym uznaniem wśród jego podopiecznych ze szkoły tańca. Jedna z jego kompozycji była na tyle intrygująca, że pod wpływem pozytywnych reakcji otoczenia, w 2014 r. zdecydował się zgłosić ją na międzynarodowy plebiscyt perfumeryjny The Art and Olfaction Awards For Excellence in Perfumery. Jak się później okazało decyzja była słuszna, bowiem perfumy Piotra zostały wyróżnione w TOP 10. Więcej informacji w wywiadzie poniżej.



Jakub: Cześć Piotr! Opowiedz nam trochę o sobie. Co było pierwsze- taniec, czy perfumy?

Piotr: Perfumy fascynowały mnie od czasów dzieciństwa. Do dziś pamiętam zapach o nazwie „Czang”, którego używała moja ciocia Jadzia. W domu był również bezimienny flakonik perfum o zapachu fiołka, który stał nieużywany od lat, a mnie bardzo fascynował (co jakiś czas podkradałem kropelkę). Pierwsze perfumy zrobiłem z kolegami z dzieciństwa, zalewając wodą płatki dzikich róż zebrane w Starym Ogrodzie  (obok którego mieszkałem). W szkole jako licealista zobaczyłem plakat, ktry zachęcił mnie do zapisania się na zajęcia taneczne. Z zespołem zwiedziłem całą Europę. Później, na studiach, w przeciągu dwóch lat zdobyłem wszystkie możliwe klasy taneczne i zacząłem tańczyć zawodowo. Kiedy urodziła mi się córka miałem coraz mniej czasu na taniec sportowy i zacząłem prowadzić zajęcia w klubie tanecznym w Olsztynie. Po studiach wróciłem do Radomia i otworzyłem szkołę tańca. Zapachami zajmowałem się hobbystycznie, kupowałem olejki na pchlich targach i w sklepach zielarskich. Sprowadzałem trudno dostępne olejki z pomocą znajomej aptekarki. Organizowane przeze mnie imprezy taneczne miały swój własny, skomponowany i przemyślany przeze mnie zapach, który rozpylałem przed ich rozpoczęciem. Zacząłem również robić perfumy dla siebie i używać ich prowadząc zajęcia w studio tańca. Niektóre podobały się uczestnikom, którzy czasami prosili mnie o skomponowanie zapachu dla nich. Kiedyś zrobiłem zapach, którego użyłem na kurs tańca i dwie uczestniczki go skomplementowały. Zapamiętałem to, a butelkę z perfumami włożyłem do szuflady. Leżała tam rok, kiedy w internecie przeczytałem o konkursie Art & Olfaction Awards. Wysłałem je tam myśląc ''niech sobie powąchają, co tam w Polsce potrafią zmieszać". Liczyłem raczej na zaskoczenie komisji, a nie sukces. Po dwóch miesiącach dostałem informację, że jestem w finale. W kwietniu byłem już gościem Polskiej Ambasady, której ówczesny szef objął nawet patronat tej imprezy i był gościem finałowego eventu rozdania nagród. Tak właśnie się to wszystko zaczęło.

 Piotr podczas wizyty w USA

Jakub: Jesteś kreatywną osobą. Poza tworzeniem perfum równolegle prowadzisz szkołę tańca- jak łączysz ze sobą te dwie pasje?

Piotr: Prowadzenie studio tańca to zawód, który wynika z mojej dawnej pasji. Cenię sobie kontakt z ciekawymi ludźmi, młodzieżą i dziećmi. Perfumy to hobby i odskocznia od zajęć tanecznych. Zarówno w jednym, jak i w drugim najtrudniejsze są sprawy biurowe i organizacyjne. Komponowanie perfum i taniec są dla mnie przyjemnością i pasją. Trudno byłoby mi z którejś zrezygnować. Z tego powodu nadałem firmie nazwę ''SCENT of DANCE''.

Jakub: Twoja perfumeryjna kariera na światową skalę zaczęła się po ogromnym międzynarodowym sukcesie kompozycji „Sensei” (obecnie „Shihan”). Co było inspiracją do stworzenia tych perfum?

Piotr: Spośród wszystkich olejków, absolutów i ekstraktów moimi ulubionymi były te najcięższe. Dymne, żywiczne, bogate, ale i ciepłe składniki. Do kompozycji „Shihan” użyłem prawie wszystkiego, co lubię najbardziej. Zapach Virginia Tobacco, arabskiej kawy w towarzystwie whiskey, był dla mnie odzwierciedleniem klimatu klubu gentlemanów i woni prawdziwego mężczyzny. Piżmo dodało cielesności, przyprawy pikanterii i ciepła, a labdanum delikatnego, skórzanego powiewu. Zapach jest na tyle uniwersalny, że pasuje do klubu salsy w Hawanie, klubu businessmana w Tokio, czy klimatycznej kawiarni w Krakowie.

Finały The Art and Olfaction Awards (czwarty zapach od lewej strony to Sensei w pierwotnym wydaniu).

Jakub: Po sukcesie „Sensei” w 2014 r. stworzyłeś perfumy dla kobiet o podobnej nazwie. Czy żeńska odsłona „Sensei” również była laureatem konkursu? A może jest to zupełnie odrębna historia?

Piotr: „SHE loves Shihan” powstała rok później. Wiele kobiet chwaliło „Shihan”, ale pytało jednak, czy nie zrobiłbym czegoś, co byłoby wzorowane, ale bardziej ukierunkowane dla kobiet. Pomysł połączenia wanilii, róży i śliwki podsunęła mi moja perfumeryjna przyjaciółka, kolekcjonerka i miłośniczka perfum kryjąca się pod imieniem Jo Bond. Pierwsza wersja tego połączenia pachniała jak lakier do paznokci. Któregoś wieczoru wpadłem na pomysł, by różę damasceńską zastąpić różą górską i zmienić rodzaj wanilii. Zapach na tyle się spodobał, że postanowiłem wprowadzić go do produkcji.

Jakub: Gdzie aktualnie można zaopatrzyć się w dwa opisane wyżej flakony („Shihan”, „Shihan She”)? Według moich informacji poza Polską dostępne są również w Ameryce- czy to prawda?

Piotr: Po konkursie w Los Angeles odbyło się afterparty w Cactus Lounge, gdzie podszedł do mnie Franco, właściciel słynnego hollywoodzkiego SCENT BAR. Zapytał o możliwość współpracy i sprzedaży moich perfum u nich w perfumerii oraz w internetowej perfumerii Luckyscent. Oczywiście zgodziłem się. Na początku zapach był dostępny jako produkt hobbystyczny w potrójnej butelce z różnymi koncentracjami w ręcznie robionym pudełku. Dziś to już bardzo trudno dostępny unikat.  Opracowanie produktu kosmetycznego zgodnego z wszelkimi normami (możliwego do sprzedaży we wszystkich perfumeriach) trwało rok, ale udało się. Do dziś Luckyscent i SCENT BAR wraz z perfumerią LULUA w Krakowie są moimi głównymi dystrybutorami. Moje perfumy można również kupić w moim sklepie internetowym oraz w studio w Radomiu.

 Shihan  w Scent Bar

Jakub: Pora na pytanie z nieco innej półki. Przez trzy lata od premiery „Shihan She” nie były znane Twoje plany na perfumeryjną karierę, aż do teraz, kiedy  w jednej chwili pojawiają się aż trzy nowe zapachy Twojej produkcji: Bluebijou, Venom of Angel i Kiviskin. Opowiedz proszę ich historię oraz zdradź, skąd zaczerpnąłeś pomysły na ich nazwy?

Piotr: Codziennie mieszam jakąś małą próbkę, zainspirowany czymś z wyobraźni, czasem zapachem jaki poczułem w ciągu dnia. Podsuwam potem te próbki rodzinie i znajomym do oceny. Niekiedy reakcje są zaskakujące, a bywają bardzo pozytywne. Do niektórych z tych próbek sam wracałem, bo czułem, że mają w sobie ten x-factor i chciałem ponownie poczuć ich zapach. Używałem ich w sytuacjach codziennych jako perfum i zyskiwały wiele pozytywnych opinii. Tym razem chciałem utrzymać się w konwencji niszy, komponując jednak perfumy które będą podobały się również odbiorcom tradycyjnej perfumerii, ale zachowując przy tym własny styl. Nazwa „Bluebijou” wzięła się z zawartości kompozycji- są w niej jagody i fiołki, których kolor kojarzy się jednoznacznie, a dodatki egzotycznego drewna i składników kaszmirowych przywodzą mi na myśl nowoczesną biżuterię. Szorstkość skórki owocu kivi (jego kwaskowy, odświeżający aromat) i kolor miąższu dodatkowo przyprawionego  pimento i gałką muszkatołową z nutami skóry, orzecha na ambrowo-wetiwerowej bazie, nasunęło mi przekornie brzmiącą nazwę KIVISKIN (mimo że owocu kivi w tym zapachu nie ma). Siedząc z przyjaciółmi przy kieliszku wina zastanawialiśmy się nad przeciwieństwem słowa „angel”. Kolega wpadł na pomysł że „Venom of angel” będzie pasowało, ponieważ jednym ze składników jest sakralne kadzidło i pikantny czarny pieprz.

Jakub: Czy uważasz, że trzy nowe zapachy powtórzą sukces „Shihan’a”, z którym jesteś identyfikowany w świecie perfum? Czy może obawiasz się, że sława tego pierwszego rzuci cień na Twoje nowości z dorobku perfumeryjnego?

Piotr: W ciągu czterech lat od konkursu miałem setki zapytań o to, czy stworzę coś jeszcze, czy będą jeszcze jakieś inne zapachy mojego autorstwa. Wahałem się  z produkcją zapachów osadzonych w głębokiej niszy, wiedząc że motorem sprzedaży jest zawsze reklama, jaką niesie ze sobą sukces zapachu. W związku z tym postanowiłem wyprodukować zapachy łączące ze sobą niszową oryginalność i tradycję perfumeryjną, trafiające w gusta szerokiego grona odbiorców. „Shihan” został doceniony na konkursie i dzięki niemu stał się sławny. Mam nadzieję, że „Venom of angel”, „Bluebijou” i „Kiviskin” rozsławią się przez wzgląd na sam zapach.



Jakub: Miałem okazję poznać wszystkie Twoje kompozycje zapachowe i uważam, że każda z nich jest wyjątkowa. Nie ma mowy o wtórności, z jaką spotykamy się obecnie w przypadku perfum niszowych. Po cichu liczę na to, że odbiorcy również zachwycą się nimi.

Jakub: Czy uchylisz rąbka tajemnicy i zdradzisz, jakie masz olfaktoryczne plany na najbliższy rok?

Piotr: Mam w planie skomponowanie kilku olejków zapachowych z przeznaczeniem do wnętrz urządzonych w różnym stylu i klimacie, a także limitowanej serii dwóch lub trzech ekskluzywnych zapachów w wersjach na rynek europejski i arabski. Może któryś z nich zgłoszę w tym roku do konkursu?


Jakub: Na zakończenie chciałbym Ci bardzo podziękować za poświęcony mi czas. Spotykamy się za tydzień 26.05.2018 w Krakowie na Twoim spotkaniu autorskim, gdzie podzielisz się z nami nieco obszerniej informacjami związanymi z Twoją perfumeryjną karierą.

Wszystkich zainteresowanych  zapraszam  do zapoznania się zarówno ze starymi, jak i nowymi perfumami stworzonymi przez Piotra Czarneckiego.  Możecie zaopatrzyć się w nie w perfumerii Lulua (stacjonarnie i poprzez sklep internetowy) oraz bezpośrednio na stronie Piotra: www.piotrczarnecki.net/pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Franck Boclet- Tobacco