środa, 28 listopada 2018

Burberry- London for Men

Do dzisiejszej recenzji podchodzę z jeszcze większym entuzjazmem niż zwykle, ponieważ mogę podzielić się z wami moimi odczuciami co do perfum Burberry- London for Men, które jako pierwsze zahipnotyzowały mnie swoim "świątecznym" urokiem. Ich pierwszy flakon posiadałem w swojej kolekcji niespełna 4 lata temu i byłem z niego bardzo zadowolony. Jedynym mankamentem, jaki wówczas dostrzegłem były bardzo przeciętne parametry użytkowe, które z czasem zniechęciły mnie do używania tych perfum. Pomimo tego byłem tak zauroczony Burberry- London for Men, że wziąłem się bezzwłocznie za testowanie innych perfum tej marki. W zasadzie jej pozostałe kompozycje (z wyjątkiem Burberry Men i Touch for Men) mnie mocno zniesmaczyły. Obecnie przeżywam renesans względem bohatera wpisu, dlatego zaopatrzyłem się ponownie w ten flakon. Co więcej (nie żartuję) parametry tym razem bardzo mnie satysfakcjonują (o czym wspomnę jeszcze w podsumowaniu).
 
Większość znanych mi osób porównuje zapach  Burberry- London for Men do woni korzennych pierniczków. To porównanie nie powinno dziwić, bowiem zawarty w nucie głowy cynamon wzbogacony o świdrującą lawendę, zmiękczoną soczystą i zarazem rześką bergamotką, dominują kompozycję na wstępie. Na pierwszy rzut oka (a raczej nosa) wspomniane trzy nuty tworzą dysonans, jednak w praktyce okazuje się, że przy dobraniu odpowiednich proporcji, na pozór sprzeczne składniki potrafią stworzyć solidny fundament, a w tym wypadku otwarcie zapachu. Im dalej w las, tym zapach coraz bardziej zyskuje. Kompozycja wzbogaca się o skórzany akord, który w żadnym wypadku nie wybrzmiewa animalnie. Łączy się on z mimozą, która doprawia całość o pewną dozę miodowo-kwiecistej słodyczy. W dolnych nutach perfumy mocno zyskują. Zaczyna się wyłaniać kluczowy składnik- tytoń, który nie pachnie szorstko, nikotynowo, lecz bardziej jak wilgotny, aromatyzowany tytoń fajkowy. Jego aromat zostaje wzbogacony jeszcze mocniej o kwiatowo-gorzko-ambrowe akcenty za sprawą żywicy opoponaks (znaną nam dobrze z Amouage- Interlude). Po kilku godzinach obcowania z Burberry- London for Men muszę stwierdzić, że drewniany dry down jest najuboższym etapem rozwoju tych perfum, ale w dalszym ciągu kompozycja jest przyjemna, słodka i w bożonarodzeniowym klimacie.
 
Burberry- London for Men jest jedną z ciekawszych zimowych kompozycji obecnie w mainstreamie. Bez wątpienia są to jedne z moich ulubionych perfum na zimę, po które ostatnio bardzo chętnie sięgam (mimo braku śniegu). Dodatkowo, zyskują one w okresie świąt Bożego Narodzenia ,wnosząc ze sobą korzenną, ciepłą aurę do pomieszczenia. Zapach sam w sobie nie jest nachalny i nie powinien nikogo przytłaczać swoją projekcją (szczególnie po 2-3h od aplikacji). Moim tegorocznym odkryciem jest to, że perfumy, które niedawno nabyłem trzymają się mojej skóry ponad 6-7h, co było niemal nieosiągalne w przypadku mojego pierwszego flakonu. Nie specjalizuję się na tyle w zapachach Burberry, żeby stwierdzić, czy kompozycja ta przechodziła reformulacje, czy nie. Być może moje zmysły węchu były wówczas przyćmione przez krakowski smog ;). Jedno jest pewne- warto sięgnąć po ten zapach, szczególnie, że na tle konkurencji prezentuje się świetnie cenowo: ok. 130 zł za flakon 100 ml.

Twórca kompozycji: Antoine Maisondieu

Nuty głowy: lawenda, bergamotka, cynamon
Nuty serca: mimoza, skóra
Nuty bazy: opoponaks, tytoń, drzewo gwajakowe, mech dębowy

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.

niedziela, 18 listopada 2018

Franck Boclet- Tobacco

Markę Franck Boclet poznałem ok. 2 lata temu, gdy poszukiwałem dla siebie dobrego zamiennika dla Tobacco Vanille od Toma Forda. Według informacji podanych na forach i grupach perfumeryjnych kompozycja Francka miała być bardzo do niego zbliżona pod względem parametrów oraz samej woni. Po pierwszym kontakcie z tymi perfumami czułem się troszkę zniesmaczony porównaniem ich do Toma Forda, ponieważ na wstępie wyczuwałem coś zupełnie innego, niż się spodziewałem. Z perspektywy czasu uważam, że jest to całkiem dobre, ponieważ Tobacco posiada cechy wspólne z perfumami Toma Forda, lecz też kilka niuansów sprawia, że obydwa pachnidła zestawione ze sobą nie pachną, jak klony. To, czy spodoba nam się bardziej Tobacco Vanille czy Tobacco Bocleta jest już kwestią indywidualną, natomiast warto dodać, że tytułowy zapach świetnie sprawdza się w chłodnej aurze. W poniższym akapicie sami dowiecie się, dlaczego tak jest.

Frank Boclet- Tobacco należy do grupy zapachowej waniliowo-tytoniowej. Tak, jak wspominałem wyżej kompozycja ta została wzbogacona o pewne niuanse i to właśnie dzięki nim zasługuje na wyróżnienie. W nutach głowy znajdują się trzy składniki (imbir, tytoń i śliwka), z czego najbardziej charakterystyczne są dwa ostatnie. Przywodzą na myśl aromatyzowany, wilgotny tytoń fajkowy. Powstały śliwkowo-tytoniowy akord w moim odczuciu jest nieco złudny i kapryśny. Czasami przypomina mi on bardziej tytoń cherry, a raz dymną śliwkę z kompotu z suszu. Rzecz jasna obecność wilgotnego, nieco słodko-kwaśnego, wytrawnego tytoniu również się tutaj przewija i dopełnia całość kompozycji. Środkowe nuty według mnie nie wyróżniają się zbytnio, poza goździkiem, który został użyty dosłownie w minimalnych ilościach i wraz z fasolką tonką tworzy woń przypominającą mi grzane wino. Powstały akord w żadnym wypadku nie dominuje nut głowy, lecz delikatnie wzbogaca je o winny, ciepło-korzenny akcent. Po kilku godzinach obcowania na skórze, zapach stopniowo zaczyna przypominać perfumy Tobacco Vanille. Nie powinno nas to zaskoczyć, ponieważ do uzyskania tego efektu zostały zastosowane dwa składniki, które dość dobrze radzą sobie z odtworzeniem tej woni- żywica benzoesowa oraz wanilia. Gdy waniliowo-żywiczna baza wymiesza się z pozostałością (cieniem nut głowy i serca) powstaje wówczas znakomite pachnidło, które bez wątpienia nawiązuje do szlagieru ze stajni Toma Forda, pozostając jednocześnie odrębnym olfaktorycznym bytem.

Dla wszystkich miłośników Tom Ford- Tobacco Vanille opisywane dzisiaj perfumy powinny być obowiązkową pozycją do przetestowania. Osobiście do tej pory nie jestem w stanie stwierdzić, który z powyższych zapachów mi się bardziej podoba. Obydwa są oryginalne, ciepłe, otulające i jakościowo się wcale od siebie nie różnią. Jedno jest pewne- na korzyść Tobacco przemawia jego cena, która w sklepach internetowych nie powinna przekraczać 350 zł za 100 ml (dla porównania Tom Ford za perfumy tej samej jakości życzy sobie ok. 1200 zł). Jeżeli szukacie ciekawych perfum na zbliżającą się zimę Franck Boclet- Tobacco jest na pewno pozycją wartą rozpatrzenia.

Twórca kompozycji: brak danych

Nuty głowy: imbir, tytoń, śliwka
Nuty serca: goździki, fasolka tonka, cedr
Nuty bazy: wetyweria, benzoes, wanilia
Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.

poniedziałek, 12 listopada 2018

Yves Saint Laurent- Opium Pour Homme, Eau de Parfum

Dzisiaj pod lupę biorę kultowy zapach ze stajni YSL, który od ponad 20 lat jest jednym z lepiej sprzedających się zapachów na chłodną porę roku. Mowa oczywiście o męskiej odsłonie narkotyku (Opium) w koncentracji wody perfumowanej. Kompozycja ta jest bliska mojemu sercu, bowiem otrzymałem ją od żony z okazji pierwszej rocznicy ślubu. Z tego powodu używam ich raczej rzadko; z przeznaczeniem na wyjątkowe okazje oraz nasze wspólne randki ;). W swojej kolekcji nie posiadam zbyt wielu flakonów, które poza wspaniałą wonią znaczą dla mnie coś więcej, jednak z YSL- Opium jest nieco inaczej..., bo zapach ten uzależnia.

Jeżeli chcecie przeżyć narkotykowy, słodki i nieco pikantny trans zafundowany przez Jacquesa Cavalliera (twórca kompozycji) zapraszam do zapoznania się z kolejnymi akapitami.

Od strony technicznej Opium możemy zaliczyć do słodkich retro woni bazujących na nucie wanilii. Byłby to jednak spory błąd, ponieważ poza słodyczą ukrytą w bazie na początku przewija się dużo kontrastowych akcentów. Zapach otwiera się cierpkim i soczystym uderzeniem czarnej porzeczki, a nawet pokusiłbym się o stwierdzenie, że akord ten przypomina zapach jej liści. Powstała woń kooperuje z lekko świdrującą i ziołową nutą anyżu, która w tej kompozycji nie do końca przypomina mi jego zapach, aczkolwiek można w niej wyczuć pewne anyżowe niuanse. Powstały duet dość szybko łączy się z pieprzem syczuańskim i galangalem, tworząc przyprawowo-orientalno-pikanty akord do czasu, aż w bazie połączy się on z ciepłą, kontrastową, balsamiczno-waniliową aurą, będącą fundamentem Opium. W dolnych nutach na pierwszy plan wysuwa się woń wanilii, tym samym dominując nuty głowy i serca. Przyprawowo-orientalno-pikanty akord zostaje dodatkowo otulony przez balsam tolu, który wraz z wanilią podkręca temperament kompozycji, nadając jej jednocześnie równowagi. Po uwolnieniu się wszystkich nut zapachowych Opium działa jak narkotyk! Rozluźnia, odpręża, otula, tworzy błogą atmosferę i co więcej chce się go wąchać coraz częściej...

Bez dwóch zdań YSL- Opium jest jednym z bardziej udanych zapachów powstałym w XX w. Przetrwał próbę czasu i pomimo niejednej reforumlacji w dalszym ciągu sięga po niego wielu mężczyzn. Kompozycja nie trąca myszką (aczkolwiek da się w niej wyczuć pewne retro niuanse) i w moim odczuciu deklasuje większość obecnie produkowanych męskich "słodziaków". Jeżeli macie ochotę odurzyć się pikanto-słodką kompozycją i nie chcecie za nią przepłacać, to Opium EdP wydaje się być bardzo dobrym wyborem.

P.S. Warto również rozważyć Opium w koncentracji wody toaletowej (EDT), natomiast wiem z doświadczenia, że parametry użytkowe obecnych wypustów są na miernym poziomie...

Twórca kompozycji: Jacques Cavallier

Nuty głowy: czarna porzeczka, anyż
Nuty serca: galangal, pieprz syczuański
Nuty bazy: balsam tolu, cedr, wanilia

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.

niedziela, 4 listopada 2018

Viktor&Rolf- Spicebomb

Pomimo chwilowego powrotu ciepłej pogody postanowiłem kontynuować na blogu wpisy na temat otulających zapachów na chłodną porę roku. Tym razem padło na kompozycję, która jest już całkiem długo na rynku. Można powiedzieć o niej, że jest już kultowa, ale przede wszystkim jest bardzo przyjemna w noszeniu! Spicebomb otworzył mi oczy i chwilowo odwrócił uwagę od wszelako rozumianej niszy. To właśnie dzięki niemu i Bvlgari- Man in Black ponownie odnajduję olfaktoryczne ukojenie w segmencie perfum selektywnych. Wracając jednak do sedna- zapach ten idealnie nadaje się na okres jesienno-zimowy i stawiam go na równi (pod względem kompozycyjnym/użytkowym) wraz z Burberry- London, Bvlgari- Man in Black, Tom Ford- Tobacco Vanille itp. Jeżeli jesteście ciekawi, jak pachnie jeden z moich ostatnich nabytków, koniecznie przeczytajcie kolejne akapity.

Pomimo tego, iż zapach nie wybrzmiewa zbyt naturalnie, tworzy on wokół noszącego ciepłą, kojącą aurę, która potrafi poprawić humor w szary, ponury i chłodny dzień. Efekt ten zawdzięczamy mieszance przypraw, które rozwijają się na cynamonowo-tytoniowo-skórzanej bazie. Warto na tym etapie zaznaczyć, że Spicebomb jest kompozycją leniwą, linearną, która prawie wcale nie ewoluuje w trakcie noszenia, a pomimo tego chce się mieć ten zapach na sobie.

Otwarcie charakteryzuje się dość mocną, inwazyjną projekcją rodem z Joop- Homme. Wyczuć w nim można ciepłą nutę żywicy elemi wymieszaną subtelnie z różowym pieprzem podkręcającym temperament kompozycji oraz odrobiną cytrusów, które lekko przewijają się w tle. Z biegiem czasu do gry wkraczają kluczowe nuty budujące fundament tej kompozycji. W środkowych nutach na pierwszy plan wysuwa się cynamon okraszony delikatnie pikantną papryką oraz szafranem. Na tym etapie perfumy tracą delikatnie projekcję i otulają noszącego w nienarzucający się sposób. Im dalej w las tym bardziej odnoszę wrażenie, że Spicebomb w bazie przypomina wcześniej opisywany przeze mnie Man in Black od Bvlgari, lecz nie mogę powiedzieć, że obydwie wonie są swoimi odbiciami w skali 1:1. Zestawienie to nie powinno dziwić, ponieważ można wyczuć pomiędzy nimi kilka cech wspólnych (tytoń, skóra, przyprawy, orientalna słodycz). Baza Spicebomb jest bardzo subtelna. Wyłaniają się w niej wspomniany wcześniej tytoń oraz skórzany akord, miksując się z pieprzowo-cynamonowym jądrem bomby, tworząc absolutnie wybuchową mieszankę. 

Viktor&Rolf- Spicebomb jest bez wątpienia idealnym wyborem na zbliżająca się małymi krokami zimę. Przy niewielkiej aplikacji zapach ten sprawdzi się w pracy, nie uprzykrzając życia innym ludziom, a przy nieco większej będzie świetnym dodatkiem na wyjście do klubu, czy na spacer w chłodną pogodę. Perfumy te w moim odczuciu mają szeroki wachlarz zastosowań i do tego niemal zawsze zbierają komplementy od kobiet. Czy muszę dodawać coś więcej, żebyście je przetestowali ;) ?

Twórca kompozycji: Olivier Polge 

Nuty głowy: bergamotka, grejpfrut, różowy pieprz, elemi
Nuty serca: szafran, cynamon, papryka
Nuty bazy: wetyweria, tytoń, skóra

Zdjęcie do powyższego wpisu zostało zapożyczone z portalu www.fragrantica.pl.

Robert Piguet- Bandit